Bieganie w słońcu zabija!

Lato – najgorsza pora roku na bieganie. Mogę… Ba! Lubię biegać w śniegu, w deszczu, a nawet w siarczystym mrozie. Ale w upały nienawidzę. Co nie znaczy, że nie biegam. Nie mam innego wyjścia. No, chyba że za inne wyjście potraktować uwalenie się na cały dzień na kanapie z zimnym piwem, bądź innym Sprite’m.

REKLAMA
Mógłbym wychodzić jeszcze później niż normalnie, ale to, o której godzinie bym biegał? O 22:00? O 23:00? Stanowczo za późno. A biegać trzeba! Robiło się coraz cieplej, a ja dalej rozwijałem schemat biegania, który utrwalił się na wiosnę. A temperatura idzie w górę. Było 10°C, potem zrobiło się z tego 15°C, potem 20°C, potem 25°C, a potem… Lepiej nie mówić.

Pewnego dnia, jakże upalnego czerwca, chciałem zrobić bieg w granicach 12 km. Parę minut przed osiemnastą wyjrzałem przez okno na termometr: 32 stopnie Celcjusza. Będzie ciężko! Dwie butelki do picia. Wiosną bym nie brał nic, ale mi tu już się skala w termometrze kończy! A termometr jest w cieniu. Przelatuje mi myśl – wyjdź później, będzie chłodniej. Nie, nie wyjdę później. Taka jest pogoda i w taką będę biegał. No i wyleciałem w skwar. Zostawiłem butelki pod słupem energetycznym i pobiegłem. Słońce nie tyle świeci, co parzy. Ale ciężko! Co mi strzeliło do łba, by w taki upał biegać? Odcinek wzdłuż lasu jest motywujący. Trochę cienis, i mimo że dalej powietrze jest duszne i gorące, to przynajmniej słońce tak nie dopieka. Potem znowu na asfalt. Cholera jasna! Nie ma cienia!

Ale sobie trasę wymyśliłem.

Dam radę! Zaraz będzie słup z butelkami. Dobiegłem, złapałem butelkę i piję. Pętla 3 kilometry, a tu już napoje mi się zaczęły gotować. Niby się napiłem, ale nie czuję różnicy.

Druga pętla. Do lasu jeszcze spokojnie. Ale drugi powrót do picia już mnie wykańcza. Znowu napiłem się niedobrej, bo już ciepłej, wody i pobiegłem na trzecią pętlę. No nawet nie tyle biegnę, co staram się biec. Wiele nie ubiegłem, a zdrowy rozsądek wziął górę nad ambicjami. Nie dam rady! Doleciałem do lasu i miałem to gdzieś! Zawróciłem najkrótszą drogą, czyli tą, którą przybiegłem. Potruchtałem do tego słupa, złapałem butelki z wodą i uwaliłem się kawałek dalej pod jakimś drzewem, byle w cieniu.

Nie mam siły! Siedząc z wodą (nawet ciepłą) jest OK, ale biegać? Szaleństwo w taką pogodę.

Potem, wieczorem w domu, w którym było tylko 26°C napisałem na fejsie, że zacznę biegać po zachodzie słońca. Pisząc to, nie miałem tego na myśli dosłownie. Jednak, gdy jakiś czas później miałem iść biegać, a wiedziałem, że na dworze jest skwar, wychodziłem dopiero gdy słońce zaczynało zachodzić. Nie było wiele chłodniej biegać, ale przynajmniej prażące słońce już tak nie przeszkadzało.

Od tego czasu zacząłem poważniej podchodzić do upałów. Jednak jeszcze nie całkiem poważnie. Poważnie sprawę potraktowałem dopiero w lipcu.

Była niedziela. Długie wybieganie, czyli 20 kilometrów. Trasa ? wymyśliłem taką hybrydową pętlę na obrzeżach miasta. Długość pętli 5 km. Postanowiłem, że zrobię cztery pętle, co da mi 20 kilometrów i komfort, że co 5 kilometrów będę mógł wracać po wodę. Trasa trochę asfaltowa, trochę ziemna i cześć musiałem biegc chodnikami. Najgorszy odcinek będzie po polach, bo nie będzie cienia. Reszta trasy zróżnicowana, ale cień będzie. Może nie taki jakbym biegał po lesie, ale skoro są drzewa, to i trochę cienia się znajdzie. Punkt odżywczy (bardziej odpitny) zlokalizowałem w starym parku. To zdecydowanie najbardziej zacienione miejsce na trasie. No i nie bez znaczenia był też fakt, że trawa i drzewa dają możliwość dyskretnego przechowania butelki z wodą.

Ruszyłem. Było gorąco. Z założenia miałem nie przesadzać z tempem. I nie przesadzałem. Pierwsza pętla trochę poniżej 6:00 min/km, czyli jest dobrze. W parku piciu i ruszyłem na drugą pętlę. Druga też była zgodnie z planem. Tempo nadal lekko poniżej zakładanego. Jest gorąco i wiele nie odczuwam ulgi biegnąc cieniem, ale mimo wszystko samopoczucie nie było złe. W głowie zaczęła rodzić się myśl: „A może by tak więcej zrobić niż 20 km?” Kusi, kusi.

Zaliczyłem półmetek i biegnę dalej. Trzecia pętla już taką lekką ręką (a może lekką nogą) nie była zrobiona. Ale nikt mi nie mówił, że bieganie będzie lekkie. Napiłem się coraz bardziej ciepłej wody i pobiegłem dalej. Czwarta pętla zaczęła się ciężko. Biegnę dalej, ale już wiem, że przesadziłem myśląc o 25 kilometrach, ale te 20 dobiegnę! Do połowy pętli ambicja pchała mnie skutecznie do przodu. A na najgorszym odcinku, czyli na polnej nagrzanej drodze, odcięło mi prąd.

Próbowałem, ale to na nic! Nie mogę biec! Grzeje niemiłosiernie z nieba, a ja ledwo truchtam. Wolno, bo wolno, ale truchtam. Więc już jak ten automat toczę się w stronę domu. Pech chciał, że ten polny kawałek, to był środek pętli i nie było różnicy, czy zawrócę, czy dokończę pętlę. Ostatnie, na co ambicja mnie tego dnia namówiła, to było dokończenie tej pętli zgodnie z planem. Więc brnę, toczę się, napieram, byle do przodu.

Na ostatnim kilometrze to już nie jest trucht. To marszobieg, a jakby być precyzyjnym, to nawet marszotrucht. Gdy próbuję trochę podbiec, to zaczynam widzieć mroczki przed oczami. Podejrzewam, że gdybym się upierał przy truchcie, to bym w końcu zemdlał. Więc przechodzę do marszu. Kiedy trochę przechodzi, to znów podbiegam. I znowu mroczki, więc idę. I tak w kółko, aż do starego parku, aż do upragnionej wody.

Dowlokłem się jakoś do swojego wodopoju. Wyłączyłem stoper. Nie patrzę, ile mam na ostatniej pętli. Co mnie to teraz obchodzi?! Uwaliłem się na trawie i siedziałem. Odwróciłem się tak, by widzieć tenisistów na kortach. Patrzę nieprzytomnym wzrokiem jak grają. Dochodzę do siebie. Zaczynam widzieć tenisistkę na korcie. Ładna, choć młodziutka. Piłka jej wylatuje poza płot w moją stronę. W normalnych warunkach bym się nawet ucieszył z takiego obrotu sprawy, ale nie dziś. Najchętniej bym tą piłkę zostawił tam, gdzie leży. Przecież to nie moja piłka. Ale jednak słyszę miły głosik skierowany w moją stronę:

– Mógłby pan podać piłkę.

– Jasne – chciałem to powiedzieć, choć z nutką entuzjazmu, ale pewnie mi nie wyszło.

Nie wypadało nie wstać i nie odrzucić piłki z powrotem. A skoro już wstałem, to muszę iść do domu. Tam jest woda! Zimna, mokra woda! Idę, a idąc czuję, że mi się w głowie kręci. Odwodniony taki jestem czy co?! A jeszcze ulica z kortów do domu prowadzi po pełnym słońcu. Cholera! Już widząc swój blok usiadłem na płotku ogradzającym czyjś przyokienny ogródek. Czuje się fatalnie. W głowie mi się kręci i w ogóle mi już niedobrze. W domu będzie chłodniej, będzie woda. Podniosłem się i już bez zatrzymywania się, powłócząc nogami, dotarłem do drzwi.

Kolega mi potem napisał, że słońce zabija. Miał rację jak nie wiem co! Od tego czasu wszelkie upały traktuję poważnie. A raczej nie same upały tylko słońce. Bo to nie tyle z gorąca wysiadałem, co od promieni słonecznych. A obie te trasy, na których się delikatnie mówiąc sparzyłem, mi mocno obrzydły. Na tyle mocno, że nie wiem, kiedy następny raz się na nie zdecyduję.

REKLAMA

3 myśli na temat “Bieganie w słońcu zabija!

  • 30.06.2013 o 13:10
    Permalink

    Ja biegam od 3 tygodni. Na razie pogoda nie zachcęca, ale nie daję za wygraną i mam za sobą 10 biegów. Najlepiej biegać po lesie. Ja żeby uniknąć ugotowania się biegam o 7 rano jeśli nie muszę być w pracy.

    Odpowiedz
    • 30.06.2013 o 20:27
      Permalink

      Świetnie że biegasz! Las faktycznie jest dobrym miejscem do ucieczki przed słońcem. Sam bardzo często z niego korzystam.

      Pamiętaj, że na początku nie jest ważny dystans, czas, tempo… tylko właśnie systematyczność!

      Powodzenia w bieganiu! Mam nadzieję że złapiesz biegowego bakcyla 🙂

      Odpowiedz
  • 08.06.2015 o 14:08
    Permalink

    Dlatego w lato częściej bywam na siłowni w Saturn Fitness na Bielanach i biegam na bieżni wtedy po prostu robię więcej kilometrów. Oprócz biegania warto robić trening siłowy by odbudować mięśni które się spalają podczas biegania.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *