Bieganie w rytmie Comy

Dzień był piękny. Słońce po raz pierwszy od dłuższego czasu wyszło zza chmur. Nie padał ani śnieg ani deszcz. Nawet wiatru nie było. Pogoda idealna na długie niedzielne wybieganie. Lecz ja postanowiłem pół tej niedzieli przespać… Śniadanie zjadłem tuż przed południem. Obiad, po południu i piękny dzień się skończył.

REKLAMA

Zmierzchało, a ja nadal byłem bez treningu…

Jedynym wyjściem było wieczorne wybieganie. Lecz takie rozwiązanie jak zwykle nastręcza jeden podstawowy problem – gdzie? Nie pobiegnę przecież, jak to zwykle na wybieganiach, w lasy, pola i wsie okalające Żyrardów. Mogę, co prawda zabrać ze sobą czołówkę, lecz muszę wybrać jakąś humanitarną i oświetloną trasę. Tylko, jaką?

A jakby tak… ?

A jakby tak zrobić wybieganie na chomiku? Na mojej 500 metrowej osiedlowej pętli? Owszem, jest krótka i upierdliwa, lecz bezpieczna, oświetlona i w pełni asfaltowa. Jest też rzut kamieniem od mojego domu. Tylko, jak ja na niej wytrzymam? Chcąc wybiegać 20 kilometrów będę musiał obiec ją 40 razy…

A jakby tak zabrać ze sobą muzykę? Pomysł to z gruntu tych szalonych, bo przecież moje bieganie z muzyką można podsumować „dawno i nieprawda”. Ale coś mnie korciło. Mam saszetkę na pas. Mam telefon ze słuchawkami. Mam na telefonie pół dyskografii Comy

Spróbuję!

Oto rodzi się moc!

Wychodzę w cichą ciemną noc. Wciskam play w telefonie. Wciskam play na SportBandzie. Zaczynam biec, a Rogucki zaczyna powoli śpiewać:

Moja naiwna,
Gdy ciąłem czołem o bruk,
Tajemna strużka życia
O smaku chleba i rdzy…

Biegnę powoli w rytm 0 Rh+. Wbiegam na swojego chomika. Kawałek pasuje jak ulał do pierwszych kilometrów. Spokojny i łagodnie wprowadzający w to, co się będzie działo później. Przed wyjściem ustawiłem sobie losowe odtwarzanie piosenek. Na dziś w menu „Zaprzepaszczone Siły…”, „Hipertrofia” CD1, oraz „Czerwony Album”. Razem 46 kawałków.

A do końca 40 okrążeń.

Pierwsze kółka lekko i naturalnie. Bieganie z muzyką nie jest, co prawda nowością, ale ostatni raz ze słuchawkami biegałem gdzieś w 2010 roku. Czułem się dziwnie, lecz o tyle przyjemnie, że ciemna noc, cisza i pustka na ulicach perfekcyjnie komponowały się z mrocznymi akordami Comy. Nastrój miałem zapewniony.

Ja tymczasem, specjalnie się nie śpiesząc, pokonywałem kolejne okrążenia: 39, 38, 37,36… Na 35 okrążeń do końca, usłyszałem akordy kawałka, który wymarzyłem sobie na ostatni kilometr. Kawałka, który razem z Weroniką śpiewaliśmy gdzieś na 30 kilometrze Poznań Maratonu. Ale żeby trafić go teraz na finisz to chyba by było zbyt wiele szczęścia. Dlatego słyszę już teraz:

Ktoś mnie obarczył jarzmem win,
Zaszczepił pierworodny grzech…

Biegnę w rytm Woli Istnienia. Jeszcze nie jestem zmęczony, jeszcze się nie rozpędziłem, więc śpiewam niemal cały utwór razem z Roguckim. A szczególnie śpiewam, kiedy dochodzę do refrenu:

Rodzi się moc
Oto rodzi się moc
Czuję jak rodzi się moc!

Tak mijają kolejne okrążenia. Dystans do końca ubywa powoli, lecz sukcesywnie: 34, 33, 32, 31, 30… Tuż przed końcem pierwszej ćwiartki do słuchawek trafia jeden z nowszych singli Comy, czyli Los, cebula i krokodyle łzy:

Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień.
Dla mnie też za długa zima i zła…

Zupełnie jakby o moim dzisiejszym dniu. Zupełnie jakby o tym, że mało co, a nie wyszedłbym na długie wybieganie. Lecz wyszedłem i przy krokodylich łzach, zmieniam kod na dwójkę z przodu. Teraz już mogę odliczać: 29, 28, 27, 26, 25… Aż przyszła Tonacja. Znów zaczynam śpiewać:

I dziękujemy za bezpieczny dom
Spokojny, cichy jak u schyłku lata noc…

Kawałek daje kopa. Wiem, że zacząłem biec szybciej. Nie patrzę na zegarek. Nie patrzę na czas kolejnych kółek. Po prostu wiem.

Biegnę, bo nie mogę się zatrzymać

Biegnę tak do 22 okrążenia. Przed półmetkiem Rogucki trafił niemal idealnie. Na dwa okrążenia przed połową dzisiejszego dystansu razem z Roguckim śpiewam

Dzielę na pół…
Dzielę na pół…

I przedzieliłem dwa okrążenia później. Natomiast druga połowa przywitała mnie moim numerem 1 spośród utworów Comy – Listopadem. Utwór ciężki i trudny. Przygnębiający. Szczególnie, kiedy ciemną nocą słyszy się wykrzyczane:

Jak mogłeś odejść stąd
w taką nieludzką noc?

Listopadowy nastrój trwa aż do 16 okrążenia. Lecz moja biegowa moc rośnie. Biegnę coraz szybciej i szybciej. Złapałem rytm biegu i mam to wspaniałe uczucie, kiedy noga sama idzie do przodu. Kiedy kolejne kroki stawiają się szybko i automatycznie. Kiedy czuję, że mogę wszystko. A Coma mi tylko w tym pomaga, robiąc niesamowity klimat. Wiem, że mogę przyspieszać. Wiem, że jest moc…

Lecz listopad mija… Po nim odtwarzacz postanowił sprawdzić moją odporność na ciszę. Przez długie 2 czy 3 okrążenia algorytm losujący podsuwał wypełniacze z Hipertrofii. Niby nie można było pośpiewać. Niby nie daje tego kopa, co normalnie. Lecz stukot schodów czy pojedyncze uderzenia w struny fortepianu są nocą bajeczne. W domu to nie to samo.

Na 13 okrążeń do końca, kolejny charakterystyczny utwór – Daleka droga do domu. Motywujący jest szczególnie refren:

Ile jeszcze we mnie wiary,
Ile jeszcze we mnie samym sił…

Biegnę już dosyć mocno. W tempie półmaratonu, czyli grubo poniżej 5:00 min/km. Wbrew piosence czuję, że droga do domu jest już niedaleka. Że jeszcze trochę i będzie upragnione ostatnie okrążenie.

Na 8 okrążeń do końca – Schizofrenia. Coś w sam raz dla gościa, który od półtorej godziny biega dookoła jednego kwartału domów na osiedlu i właśnie robi to po raz trzydziesty któryś…

Żałowałem, że Wola Istnienia pojawiła się tak szybko, a Coma na ostatnie kilometry miała coś jeszcze lepszego. Na 4 okrążenia do końca Coma zaserwowała mi Rudego:

Biegnę, bo nie mogę się zatrzymać,
Moje ciało jak maszyna
Bez kontroli śmiało goni…

Miałem 2 kilometry do końca, więc tempo podkręciłem do jakichś 4:30 min/km. Szło jak po maśle i wiedziałem, że dociągnę. A jak nie to zawsze mi w głowie grało:

Rany, ratuj!
Łatwopalne magazyny,
Rany, ratuj!
Składy amunicji,
Ratuj!
Fajerwerków i benzyny,
Rany ratuj!
Przeciwpożarowe pogotowie
W głowie…

I dociągałem do ostatniego okrążenia. Na ostatniej prostej wreszcie spojrzałem na SportBanda. 40 okrążeń to 20 kilometrów, a ten mi pokazuje jakieś 19?! Rzuciłem przekleństwem, ale przypomniałem sobie, że im szybciej biegnę, tym bardziej niedomierza.

Więc poleciałem jeszcze 2 kółka ponad plan. Szczerze nie pamiętam, co wtedy w słuchawkach leciało. Byłem już w takim gazie, że chyba się po prostu wyłączyłem…

A kiedy skończyłem 42 okrążenie, mogłem wreszcie odpocząć. Ostatnie 300 metrów truchtu do transformatora, to już luz i relaks dla mięśni. Wyjąłem telefon. Dogrzebałem się do playlisty i na sam koniec treningu puściłem to, co puścić musiałem:

Rodzi się moc
Oto rodzi się moc
Czuję jak rodzi się moc!!

REKLAMA

4 myśli na temat “Bieganie w rytmie Comy

  • 04.02.2013 o 12:57
    Permalink

    He 🙂 powiem Tobie, że ja praktycznie na każdy trening zabieram ze sobą muzykę i powiem Tobie, że trening bez Comy jest treningiem straconym 🙂 Mam także całą dyskografię w mp3 i tak od przeszło dwóch lat wałkuje te same utwory i jakoś nie chce się znudzić. Instrumentalnie jest to naprawdę świetny zespół i jeśli ktoś jeszcze nie zna to ja polecam. Na maratonie w Łodzi z pewnością Coma będzie także lecieć i „Deszczowa piosenka”. Fajnie też się biegnie przy w dużej mierze instrumentalnym utworze „Zbyszek” z płyty Live

    Odpowiedz
  • 04.02.2013 o 12:02
    Permalink

    O jasna, ciasna, 42 kółka?! Podziwiam za siłę psychiki, ja bym chyba nie wyrobił;)

    Odpowiedz
  • 05.02.2013 o 10:45
    Permalink

    Oj tak, Coma daje moc 🙂 Moje dwa power songi to zdecydowanie Transfuzja i Deszczowa Piosenka – zwłaszcza ta druga.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *