Bieg Oshee – krótka historia jak maraton na dychę zamieniłem

Start w maratonie tydzień po półmaratonie nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego też zamiast w Orlen Warsaw Marathon znów w ostatniej chwili zmieniłem plany i wystartowałem w Biegu Oshee na 10 kilometrów. Było mocno, było fajnie i mam kolejny progres.

REKLAMA

„Karny jeżyk” za układanie startów…

Za układanie planów startowych powinienem dostać co najmniej karnego jeżyka. Plan był taki, że najpierw pobiegnę na 10 km w Lidzbarku a tydzień później na 42 km w Warszawie. Wtedy miałoby to sens. Najpierw dyszka jako ostatnie „przetarcie”, a potem główny start w maratonie. Jak już wiecie ze startu w Lidzbarku nic nie wyszło. W zamian w ostatniej chwili zapisałem się i wystartowałem na 21 km w Łodzi.

Skoro już jednak wystartowałem to tydzień po półmaratonie start w maratonie jest bezsensowny z treningowego punktu widzenia. Organizm nie jest zregenerowany po jednym mocnym i długim starcie a tu zafundowałbym mu kolejny… Na szczęście dosłownie za pięć dwunasta i dzięki uprzejmości marki Asics, udało się (znowu) zmienić plany i zamiast maratonu wystartowałem w Biegu Oshee na 10 kilometrów. To już miało sens. Wiedziałem też, że dychę jestem w stanie pobiec mocno.

Maratonu mocno tego dnia nie byłem w stanie pobiec.

Bieg Oshee - przed startem

Zacząć po 4:20/km…

Tak to właśnie 22 kwietnia stanąłem na starcie Biegu Oshee. Na starcie stawiło się prawie 8,5 tysiąca osób. Po drugiej stronie ulicy stali maratończycy. Miło było ich widzieć ale ani przez chwilę nie żałowałem, że jestem po tej stronie barykady. To po prostu nie ten dzień kiedy mogę pobiec w maratonie.

Plan na ten bieg miałem – zacząć po 4:20/km i utrzymać to do samego końca. Dawało to wynik 43:20. Gdzieś z tyłu głowy miałem myśl, że może uda się coś docisnąć i wyrwać wynik poniżej 43 minut, ale głośno o tym nie mówiłem.

Trasa Biegu Oshee jest prosta. Pierwsze cztery kilometry to długa prosta po Wale Miedzeszyńskim. Zacząłem planowo po 4:20 i pierwsze kilometry szły dosyć łatwo. Sprawę ułatwiał fakt, że pierwsze kilometry były z wiatrem. Dobrze, że nie zacząłem wtedy rozmyślać o tym co będzie jak będzie pod wiatr. Nie rozmyślałem w sumie o niczym i pierwsze kilometry były dokładnie takie jakie powinny być czyli bez historii.

Bieg Oshee - na trasie

Na Gocławiu wypadł półmetek biegu. Czas 21:29 był trochę powyżej oczekiwań. Wiedziałem, że gdybym to utrzymał miałbym wynik poniżej 43 minut…

Za półmetkiem zaczęły się jednak schody. Zaczęło nawarstwiać się zmęczenie i ten leciutki wiatr w twarz, który z każdym kilometrem stawał się coraz bardziej nieznośny. Przede wszystkim jednak z każdym krokiem coraz bardziej musiałem walczyć ze zmęczeniem organizmu. Walka trwała a bieg pomimo zmęczenia szedł jednak dobrze. Szósty i siódmy kilometr nadal trzymałem w granicach 4:20.

Najgorszy był ósmy. Ten z podbiegiem przez wiadukt w ciągu ulicy Saskiej. Tam pod górę zwolniłem. Bieganie w dół niestety nie oddaje tego co traci się pod górę i to był najwolniejszy kilometr biegu – 4:25. Do tego chwilę później była ulica Zwycięzców, na której zrobiło się pod górkę i znów mocniej zawiało. Na dwa kilometry przed metą miałem dość.

Bieg Oshee - medal

Wtedy minął mnie biegacz, który krzyknął do mnie coś w stylu „Paweł Dajesz!!”. Nie poznam go teraz, ale był dobrym punktem aby spróbować się go utrzymać. Biegnąc najpierw z nim a potem na jego plecach znów szło dobrze. To za jego sprawą bardzo dobrze pamiętam jak wyglądał biało czerwony znak „100” na karku koszulki. Gapiłem się w niego przez długi kilometr.

Na ostatnim kilometrze „setka” trochę mi zaczęła odjeżdżać ale udawało się trzymać tempo. Na ostatniej prostej nie było z czego przyspieszać, z czego się generalnie cieszę, bo to znaczy, że na poprzednich kilometrach dałem z siebie najwięcej ile mogłem. Ostatecznie na metę wpadłem w czasie 43:22.

Bieg Oshee - na mecie

Z pierwotnym planem minąłem się raptem o 2 sekundy. Na szarpnięcie się poniżej 43 minut nie było dziś mocy. Może będzie następnym razem. Tymczasem mam kolejny dobry wynik. Mam kolejny progres bo dychę od ostatniego startu poprawiłem o ponad minutę. Mogło być lepiej ale i tak jest dobrze.

Aspekt kibica!

Start w dyszce miał też jeszcze jeden aspekt – aspekt kibica. Po skończonym biegu ulokowaliśmy się przy barierkach i kibicowaliśmy maratończykom. Widzieliśmy zwycięzców. Widzieliśmy walkę na ostatnich metrach o zwycięstwo kobiet. Widzieliśmy znajomych którzy wykręcili niesamowite czasy. Widzieliśmy też tych dla których maraton był walką z samym sobą i swoimi rekordami. Widzieliśmy wreszcie tych dla których czas nie był ważny a liczyło się przede wszystkim ukończenie.

Innego dnia pobiegnę z Wami. Dziś z tej drugiej strony barykady miło było bić wam brawo i kibicować.

Jesteście Wielcy!

REKLAMA

Skomentowali

  • Michał
    26.04.2018 at 12:19
    Permalink

    Eh…..a w sumie dobrze, że nie szukałem Cię w ekipie na 3:30 w Maratonie, bo sam tej granicy nie złamałem :(. Wiatr w okolicach centrum był przyjemnym zefirkiem w porównaniu z tym, co mnie i innych maratończyków w Wilanowie. Na powrotnym odcinku od 25 do 30 km biegło się pod wiatr i nie dałem rady utrzymać tempa. Złamało :(. Skończyłem na 3:39, męka była straszna.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *