Bieg Łosia 2014 – czyli śladem łosi po raz drugi

Maraton Kampinoski – raz, Półmaraton Kampinoski – raz, Bieg Łosia – raz. Obiegłem już wszystkie trzy kampinoskie dystanse po razie każdy. Dziś po raz pierwszy miałem szanse poprawić się na którymś z nich. Dziś po raz drugi, i po raz pierwszy bez śniegu, odbył się Bieg Łosia. Pytanie tylko brzmiało. O ile szybciej zrobię tą trasę bez śniegu?

REKLAMA
Bo śnieg z łosiem będzie kojarzył mi się nierozerwalnie. Pierwsza edycja, choć teoretycznie i praktycznie kwietniowa odbyła się w śniegu. I to żeby to jeszcze w takim normalnym. Śnieg był mokry roztapiający się, śliski i ogólnie pieruńsko nieprzyjemny. Sucharem dnia i najczęściej powtarzanym powiedzonkiem na starcie było, że „tylko łosie biegają w kwietniu po śniegu”.

Nie wiem czy z tego powodu czy z innego bieg w tym roku odbył się w terminie majowym. Lepiej?! A bo ja wiem. Śniegu nie było. Było inaczej.

Start, meta i dobrze znajoma pomarańczowa dmuchana brama stanęła tam gdzie zawsze, czyli na obrzeżu Puszczy Kampinoskiej w Dziekanowie Leśnym. Z resztą podobieństw jest dużo więcej, bo na starcie znowu widzę reklamy tych samych firm (Merrell, Spor Guru), widzę tych samych organizatorów. Z większością choćby trochę się znam, więc mogę powiedzieć, że czuję się jak u siebie w domu. A na swoim biega się najlepiej.

Bieg Łosia - przed startem
fot. Merrell

Tak w ogóle Bieg Łosia w tym roku to była grubsza logistyczna impreza. Najpierw pociągiem do centrum Warszawy. Potem metrem na Żoliborz do Sklepu Biegacza. Do tego miejsca było banalnie. Potem natomiast, po kilku chwilach na ogarniecie się, wyruszyłem z Żoliborza do Dziekanowa Leśnego… rowerem. Do zrobienia miałem 15-16 kilometrów. Starałem się przede wszystkim oszczędzać i ani na sekundę nie zapominać, że zaraz będę startował w biegu. Dlatego też nie szarżowałem specjalnie. Dojechałem cało i zdrowo i we w miarę dobrej kondycji. Minusem oszczędzania się było to, że na start dojechałem jakieś 15 minut przed nim. Wszyscy dookoła byli już poprzebierani i porozgrzewani.

Ja rozgrzany byłem aż za dobrze. Zostało mi się tylko przebrać.

Bieg Łosia - podium

I mogłem ruszać przed siebie. A wiec…rura…

Start bolał. Bolał mnie trochę tyłek po rowerze i czułem w nogach jakieś takie odrętwienie. Coś tak jakby nogi nie do końca chciały się mnie słuchać. Ja im tak. A one mi – „sam se pobiegaj”. Jeśli ja po 16 kilometrach na rowerze mam leciutki problem z przestawieniem się na bieg to, co dopiero w takim Ironmanie.

Początek klasyczny. Dla tych co nie wiedzą to pierwsze 1,5 kilometra to czas kiedy trzeba się w stawce odpowiednio ustawić. Po 1,5 kilometra ścieżka mocno się zwęża. Jeśli ktoś chce biec szybko, a nie chce utknąć za wolniejszymi musi przesunąć się do przodu zanim wbiegnie na wąską groblę.

Ja od startu ustawiłem się gdzieś bliżej początku niż końca. Wyprzedzać na grobli w ogóle nie wyprzedzałem, a jeśli już to mnie wyprzedzano. Robiłem swoje i zastanawiałem się jak to będzie z nogami. Czy ten rower mi się za bardzo nie odbije na biegu? Ile dam rady pobiec po takiej rozgrzewce? Czy starczy mi energii i nie padnę z głodu.

Właśnie… głód… Głód towarzyszył mi przez pierwsze 9 kilometrów. Po zejściu z roweru nic nie zjadłem i leciałem na tych samych zapasach, co jechałem rowerem. Efekt był taki, że po prostu byłem głodny. Zjadłbym… coś… a miałem ze sobą tylko jeden żel.

Tym czasem pokonywaliśmy kilometr po kilometrze trasę biegu. Cała trasa Biegu Łosia jest bardzo malowniczym przekrojem Puszczy Kampinoskiej. Najpierw, do Mogilnego Mostku, mokradła z tą słynną już groblą. Ten odcinek biegnie się ciężko ze względu na wąskość trasy, korzenie i błoto, którego trochę było pod stopami. Błoto można było omijać albo, co ja robiłem, biegać przez nie. Nie takie błoto widziałem…

Bieg Łosia - start
fot. Merrell

Za Mogilnym Mostkiem grobla i błoto zmienia się w piach. Piachu i wydm w Puszczy Kampinoskiej jest sporo. Sam nie wiem, co lepsze. Błoto czy piach? Dobrze, chociaż że przy brzegu duktu piach jest najbardziej ubity i najmniej przeszkadza. Tutaj, choć droga jest szeroka, zawsze biegnę gęsiego. Wszyscy biegną gęsiego po tym wąskim pasie ubitego piachu. No chyba, że kogoś wyprzedzam… Ale nie dziś. Do bufetu nie miałem zamiaru ani chęci szarżować.

Bufet ulokowany był tradycyjnie przy Palmirach. Można było się napić. Widziałem też jakieś ciastka. Nie skosztowałem. Przełknąłem swój żel, popiłem wodą i pobiegłem dalej. Po bufecie poczułem się dużo lepiej. Przestałem być głodny. Po pierwszych 9 kilometrach nogi już się też już całkowicie przestawiły na bieg, więc biegło mi się lżej. Wiedziałem też, że druga połówka jest trochę łatwiejsza technicznie. Nie ma żadnych grobli, nie ma żadnego piachu.

Odcinek za bufetem to najłatwiejszy odcinek. Szeroko i płasko. Można wyprzedzać. Nie ma też sypkiego piachu. Do tego przestało mi burczeć w brzuchu. Zacząłem przyspieszać. Z 5:00 min/km zrobiłem 4:50 min/km, potem 4:40 min/km i to tempo utrzymywałem kilometr po kilometrze. Biegło się świetnie.

Końcówka znowu trudniejsza technicznie. Szeroko było nadal, ale wróciliśmy w rejon mokradeł i na szlaku pojawiło się trochę więcej błota. Przez to błoto (i zmęczenie) trudniej mi było utrzymywać tempo. Nakręcało mnie natomiast to, że co chwilę kogoś wyprzedzałem. Zacząłem więć, nieco na przekór samopoczuciu, jeszcze trochę podkręcać tempo. Mimo większej ilości błota zacząłem biec po około 4:30 min/km. Tak było do samej mety. Jeszcze na ostatniej prostej wyprzedziłem dwójkę biegaczy i nie mając już w zasięgu wzroku nikogo do wyprzedzenia przed sobą wpadłem na metę.

Bieg Łosia - meta
fot. Merrell

Ostatni kilometr pobiegłem najszybciej ze wszystkich – 4:28. Generalnie z technicznego punktu widzenia zrobiłem idealny bieg z narastającą prędkością. I to niemal od razu po zejściu z roweru. Jestem z siebie dumny!

Łącznie Bieg Łosia ukończyłem w 1:22:38. Jest to wynik o 15 minut szybszy od ubiegłorocznego. Skala mojego wysiłku w obydwu edycjach była podobna, więc teraz widać ja bardzo przeszkadzał mi zeszłoroczny śnieg na takiej trasie.

A na koniec no cóż. Podwinąłem nogawki, wsiadłem na rower i rura… przez Żoliborz do centrum Warszawy. Znajomi, z którymi wyjechałem z Dziekanowa na rowerach mieli trochę gorzej. Oni jechali aż do Milanówka.

Dzień zakończyłem mając przebiegnięte 17 kilometrów i przejechane na rowerze (w obie strony) 44 kilometry. Szał! I co ciekawe podoba mi się to.

Bieg Łosia - na mecie

Do zobaczenia!

Bieg był świetny. Z roku na rok impreza jest coraz bardziej dopracowana organizacyjnie i po prostu lubię wracać co pół roku do Dziekanowa. Lubię tą fajną, przyjazną atmosferę gdzie część osób ja znam, część mnie zna i ogólnie czuję się jak u siebie w domu. Uwielbiam też biegać po Puszczy Kampinoskiej – czy to na 17 kilometrów, czy w półmaratonie czy nawet maratonie. Mogę nawet biegać po puszczy jak łoś po śniegu.

No i pewnie za kilka miesięcy znowu wrócę do Puszczy Kampinoskiej. Tylko pytanie. Na półmaraton czy na maraton? Musze się zacząć zastanawiać.

REKLAMA

2 myśli na temat “Bieg Łosia 2014 – czyli śladem łosi po raz drugi

  • 12.05.2014 o 18:32
    Permalink

    Gratuluje wyniku 🙂 Dogoniles mnie jakos kolo 11km, kolo dziewczyny z rudym psem, ktorego lekkosc w biegu musialem obserwowac przez jakies 2km zanim go wyprzedzilismy :). Potem ciagnalem sie zaraz za Toba jakies 3 km, ale nie dalem rady do samej mety utrzymac Twojego tempa i dobieglem dwadziesciapare sekund za Toba.

    BTW Biegles na maxa? Bo wygladales na luznego…
    pozdr

    Odpowiedz
    • 13.05.2014 o 20:20
      Permalink

      Ja za dziewczyną z rudym psem biegłem niemal od samego początku i dobrze pamiętam kiedy ją (ich) wyprzedziłem.

      Nie wiem czy to był max. Raczej nie. Uważam że dałem z siebie sporo, aczkolwiek na pewno zupełnie inaczej by się ten bieg potoczył, gdybym tuż przed nim nie przejechał tych 16 km na rowerze.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *