Bieg Łosia 2013 – w śniegu po Puszczy Kampinoskiej

6 kwietnia, w piękne wiosenne przedpołudnie, w zasypanej śniegiem Puszczy Kampinoskiej, rozegrana została pierwsza edycja Biegu Łosia. Biegu terenowego na dystansie około 17 kilometrów, który jest młodszym i krótszym bratem Maratonu Kampinoskiego. Imprezy, która tak udanie zadebiutowała w zeszłym roku. Bieg Łosia kontynuuje i rozbudowuje tradycje biegów po Puszczy Kampinoskiej.

REKLAMA
Organizatorem Biegu Łosia, podobnie jak i wspomnianego już Maratonu Kampinoskiego są ekobiegi.pl. Start, meta i biuro zawodów ulokowane zostały w Dziekanowie Leśnym na skraju Kampinoskiego Parku Narodowego. Trasa wiodła szlakami Puszczy Kampinoskiej. Najpierw czerwonym, potem przez chwile niebieskim i na koniec zielonym. To właśnie kolory szlaków wyznaczały trasę biegu. Biało-czerwone chorągiewki z folii były tylko dodatkiem.

Warunki nie należały do najłatwiejszych. Chłód nie przerażał tak bardzo jak śnieg. Mimo że to już kwiecień, to cala Puszcza Kampinoska pokryta była warstwą mokrego śniegu. To było niemal pewne. Tego się spodziewałem. Jedynym plusem było to, że na trasie miał czekać na nas tylko śnieg. Błota miało nie być. Tak zapowiadał jeden z organizatorów, który w ostatnich dniach biegał po trasie regularnie zdając relacje z jej stanu.

Od startu do herbaty

Wystartowaliśmy o godzinie 10:00. Pierwszy kilometr po szerokiej drodze. Do rozstajów biegliśmy w dwóch szerokich koleinach. Kto chciał się ścigać i stał z przodu, miał dobrze. Kto chciał biec szybko i stal blisko czołówki, też miał dobrze. Natomiast, kto chciał się ścigać i ustawił się z tylu, ten miał problem. Wyprzedzanie innych biegaczy w kopnym śniegu wymagało wyskakiwania z kolein, co marnowało cenną energię.

Bieg Łosia - start
fot: ekobiegi.pl

Ja ustawiłem się chyba nieco za bardzo z tylu, więc jak tylko się trochę przerzedziło, a jeszcze przed rozstajami wyskoczyłem miedzy koleiny w kopny śnieg i wyprzedziłem kilku, kilkunastu biegaczy. Znalazłem się w nieco szybszej stawce biegaczy. Dalej w przód nie miałem zamiaru się przebijać. To było niezłe miejsce jak na to, że Bieg Łosia ma być potraktowany na luzie.

Tym bardziej, że dalej trasa wyglądała dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem.

Dalej trasa zwężała się do jednego wydeptanego śladu. Na prawo i na lewo w lesie wszędzie był głęboki, zapadający się, śnieg. Wyprzedzanie straciło wszelki sens, bo traciło się w ten sposób tyle energii co na 100 metrowy zryw. Ja trzymałem się biegacza przed sobą, a mnie trzymał się kolejny biegacz. Wyprzedzać nie miałem specjalnego zamiaru. Co nie znaczy, że nie wyprzedzałem, bo czasami trafiały się osoby, które biegły zdecydowanie wolniej od reszty. Wtedy przy pierwszej okazji, trzeba było wskoczyć na chwile w śnieg, by ją wyprzedzić.

Najgorzej było na grobli przez mokradła. Tam droga była najwęższa. Tam wyprzedzanie było najtrudniejsze.

Za groblą było nieco lepiej, ale do samego półmetka droga była jedną wielką wydeptaną koleiną. Częściej to mnie wyprzedzano niż ja wyprzedzałem. Ja trzymałem się swojego miejsca w szyku i nie wychylałem się. Taki był plan.

Na półmetku czekała na nas herbata. Słodka jak cholera, ale przyjemnie gorąca. Wypiłem kubek stojąc. Raz, że nie lubię pić herbaty na szybko. Dwa, mam się nie ścigać, to się nie ścigam. Poza tym pół minuty mnie nie zbawi. Straciłem przez to kilka miejsc w stawce, ale nie przeszkadzało mi to.

Od herbaty do mety

Po wypiciu herbaty pobiegłem dalej. Trasa się zmieniła. O ile do półmetka dało się biec, a nie dało wyprzedzać, to za półmetkiem było zgoła odwrotnie. Dało się wyprzedzać, ale nie dało się biec. Jedną koleinę zastąpiła szeroka mieląca się pod nogami droga. Na początkowym odcinku pokryta kocimi łbami wystającymi spod śniegu. Trudna nawierzchnia do biegania.

Bieg Łosia - na trasie
fot: Piotr Krawczyk

Zmieniła się też moja taktyka biegu. Zamiast asekuracyjnie biec w swoim miejscu stawki, zacząłem wyprzedzać innych. Powoli, ale do przodu. Na pierwszej części trasy nie zostawiłem wiele sił, wiec miałem na to siłę i przychodziło mi to dosyć naturalnie. W ten sposób mój bieg zmienił się w powolne doganianie kolejnych biegaczy. Potem trzymanie się chwilę ich pleców w ramach odpoczynku, a potem ich wyprzedzenie i gonienie kolejnych. Nie była to szaleńcza pogoń, ale systematyczna.

Pod stopami miałem najczęściej mokry mielący się śnieg, wiec tym razem nie robiło wielkiej różnicy czy biegnę za kimś czy obok niego. Na drugiej części trasy też o wiele częściej spotkać można było podwójne koleiny. W ten sposób można było dużo łatwiej wyprzedzać. A że pod stopami się mieliło? No to się mieliło.

Mieliło się do samego końca. Z ostatniej części trasy nie da się zapomnieć dwóch ?niespodzianek?. Jedna miała postać wielkiej, szerokiej na cala drogę, błotnistej kałuży. Druga to bodajże brzoza położona na środku drogi. Ominąć się nie dało. Jedyny sensowny sposób to przebiec przez te cienkie patyki i gałązki.

Końcówka biegu dłużyła mi się. Zmęczenie dało znać o sobie i zacząłem wypatrywać mety. Dobrze, że były znajome tabliczki z Maratonu Kampinoskiego oznaczające 2 i 1 kilometr do mety. Od razu mi się milej zrobiło. I śnieg jakby przestał się tak mielić…

Całą drugą część trasy wyprzedzałem ale na ostatniej prostej tym razem to ja musiałem skapitulować przed dwójką biegaczy, którzy urządzili sobie szybki finisz. Nie miałem siły ani ochoty ich gonić. Ja chciałem tylko dowieźć swój wynik do mety.

Bieg Łosia - meta
fot: ekobiegi.pl

Bieg Łosia ukończyłem w czasie 1:36:33. Czy to dobrze? Tempo grubo wolniejsze od 5:00 min/km i w letnich warunkach byłby to słaby wynik. Ale w tym śniegu? Musiałem się z kimś porównać! Kiedy dowiedziałem się że Artur, będący trzeci w stawce, dobiegł w 1:16 uznałem, że moje 1:36 to całkiem niezły wynik. Tym bardziej, że miałem się oszczędzać przed jutrzejszym biegiem w Książenicach.

Na mecie

Na mecie, przede wszystkim, dostałem swojego drugiego łosia. Oczywiście na medalu. Ten łoś jest nieco inny od tego sprzed półrocza, ale nadal niezmiennie ma poroże w kształcie butów do biegania. Na biegaczy oprócz medali z łosiem czekała również woda, posiłek w postaci makaronu i herbata. Dużo, gorącej herbaty. Mam wrażenie, że nie tak słodkiej jak ta na półmetku, ale równie rozgrzewającej.

Tradycyjnie ostatnim punktem imprezy było wręczane pucharów dla najlepszych i losowanie nagród głównego sponsora biegu czyi firmy Merrell. Do zgarnięcia były koszulki, bluzy, skarpetki, czapki i jeszcze kilka innych drobiazgów. Mi nic tym razem nie przypadło.

Bieg Łosia - medal

Tak skończył się Bieg Łosia. Wracam z niego z niezłym wynikiem, po pierwszym swoim terenowym biegu w śniegu. Po kupie fajnych wrażeń i z przeświadczeniem, że za rok będę chciał znowu w Biegu Łosia pobiec.

REKLAMA

5 myśli na temat “Bieg Łosia 2013 – w śniegu po Puszczy Kampinoskiej

    • 08.04.2013 o 11:58
      Permalink

      Dobrze. Były miejsca gdzie ślizgałem i zapadałem (głównie na pierwszej części trasy) ale to normalne w tych warunkach. Na drugiej połówce w mielącym się śniegu radziły sobie lepiej. Rzadziej mi grunt uciekał i lepiej trzymały się drogi (tzn: śniegu).

      Biegłem bez stuptutów a nawet jakoś specjalnie mi nie namiękły wodą. Choć na to chyba już jestem uodporniony więc mogłem nie czuć 😉

      Odpowiedz
  • 08.04.2013 o 11:53
    Permalink

    Gratuluję wyniku. Byłeś znacznie szybszy ode mnie :)Ja na początku trochę atakowałem przebijając się do przodu i straciłem niepotrzebnie wiele sił.

    Zawody bardzo fajne ale trudne. Cieszy mnie to, że miałem okazję pobiegać w innych warunkach aniżeli tylko po płaskim asfalcie.

    Kurcze, jednak jesteś cyborg. Dałeś radę wczoraj jeszcze 10 km bardzo szybko zrobić na zawodach w Książenicach. Ja wczoraj rano miałem problemy ze wstaniem z łóżka 🙂

    Miło było Ciebie spotkać Łosiu 🙂

    Odpowiedz
  • 08.04.2013 o 13:06
    Permalink

    Super relacja 🙂 I super bieg, chociaż faktycznie był wyjątkowo trudny technicznie. Ja byłem w kolcach i nie wiele mi chyba pomogły.
    Gratuluję wspaniałego wyniku.
    Do zobaczenia na trasie 😉

    Odpowiedz
  • 08.04.2013 o 13:51
    Permalink

    To prawda, że jak już się zaczęło z tyłu to trzeba było być herosem, żeby się przedostać do czołówki :). Gratuluję wyniku właściwie wszystkim, bo zważywszy warunki, nasze żółwie tempo bylo imponujące. Do tego sporo osób biegło ze sporym zapasem, bo finiszowały niemal sprintem. Ja na mecie już nie miałam chęci przyspieszać 😉
    Do zobaczenia na kolejnych ekobiegach!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *