5000 kilometrów

Niedziela. Przebiegłem luźne 13 kilometrów, ale nie to tego dnia było dla mnie najważniejsze. Ważne było to, że pękło mi 2000 kilometrów łącznego przebiegu. Byłem z tego faktu zadowolony i pochwaliłem się tym osiągnięciem na facebooku. Ten napisał „Gratuluję!”, tamta „Brawo!”, a jeden z kolegów że „Zanim się obejrzysz będziesz miał  5000 km na liczniku!”. Był 14 listopad 2010 roku

REKLAMA
To było 311 dni temu. Niecały rok temu. Szybko ten czas leci. A może wypadałoby napisać inaczej: szybko te kilometry lecą. Bo lecą szybko. Ani się obejrzałem, a przebiegłem swój 5000 kilometr. Czyli w niecały rok przebiegłem 3000 kilometrów. Spory kawał. To tyle ile jest ode mnie do ciepłych marokańskich piasków i nadal niezasmakowanego tadżinu. To już chyba prędzej przebiegnę się do jakiejś marokańskiej restauracji, niż zjem w oryginale.

Chociaż może…

Ciekawe jest też, ile to jest 5000 kilometrów. Otóż to jest tyle, co stąd do tamtąd, gdzie „stąd” to Polska a „tamtąd” to Etiopia, czyli drugi (Kenia jest bezkonkurencyjna) kraj gdzie rodzą się najlepsi długodystansowcy świata. Nie szukając długo: Kraków (ten w Polsce) od Asseli (miejsca urodzin Haile Gebrselassie) dzieli… 5000 kilometrów. Dokładnie!

Jeszcze ze dwa, trzy miesiące i dobiegnę do Rift Valley w Kenii.

Bo im więcej biegam tym kręcenie kolejnych kilometrów przychodzi mi coraz łatwiej. I przy okazji staje się coraz mniej istotne. Pierwszego tysiąca nie zauważyłem, drugi tysiąc zauważyłem i uczciłem go sam ze sobą. Zimnym piwem, oczywiście! Wtedy byłem dumny z tego, że już tyle w życiu przebiegłem. Czułem się, wbrew wszystkim i wszystkiemu, kimś wyjątkowym. Teraz też się tak czuję, ale jakby mniej…

Kolejne tysiące po prostu mijały. Nie wiem nawet, kiedy. Przestało to mieć znaczenie i przestało to robić wrażenie na mnie samym. Nadal zapisuje i czasami skrupulatnie analizuję każdy przebiegnięty kilometr, ale gdyby się ktoś trafił i niespodziewanie się mnie zapytał ile przebiegłem w życiu? Eee… A, bo ja wiem… Jakbym się zastanowił, to bym odpowiedział, ale bardzo na oko. I pewnie przy okazji pomyliłbym się o kilkaset kilometrów. Ile w tym roku? Byłoby łatwiej, choć bez plus/minus 200 kilometrów, by się nie obyło. A ile w miesiącu? Coraz łatwiej, pomyliłbym się tylko o jakieś dwadzieścia kilometrów, góra. A, w tygodniu? Też bym pewnie powiedział, że „Jakieś 70 kilometrów”.

Po prostu przestaje to mieć dla mnie aż takie znaczenie. Teraz liczy się przyjemność, wyniki i ta delikatna równowaga pomiędzy jednym i drugim. Kilometry mijają same. Stały się drogą do celu, a nie celem samym w sobie.

Choć nie powiem, pięć tysięcy kilometrów brzmi całkiem nieźle.

A co teraz? Pewnie jutro znowu wyjdę na trening i tak się zacznie kolejny tysiąc kilometrów w moim życiu. A nawet nie zacznie, bo zaczął się dziś gdzieś na trasie krajowej numer 50, na obrzeżach Żyrardowa. Teraz kolejną granica do przekroczenia będzie 10 000 km, a to już ćwierć obwodu kuli ziemskiej.

No i dziesięć tysięcy będzie wyglądać dwa razy lepiej niż pięć.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *