35. PZU Maraton Warszawski – relacja

W Maratonie Warszawskim biegłem po raz czwarty. To niewiele, lecz od mojego, jakby nie patrzyć niedawnego debiutu, maraton urósł 2,5 raza. W ostatnią niedzielę września do mety ulokowanej na płycie Stadionu Narodowego dobiegło 8506 biegaczy. Wśród nich byłem ja, lecz zanim tam dobiegłem, życie napisało mi najdziwniejszy jak dotychczas scenariusz maratonu.

REKLAMA

Na stadion…

Dzień powitał nas mgłą. Jadąc do Warszawy nie widzieliśmy niemal nic. Co najwyżej czarny asfalt autostrady i zieleń ekranów dźwiękoszczelnych. W miejscach gdzie nie było ekranów była mgła… dużo mgły… jeszcze więcej mgły…

Świat zobaczyliśmy dopiero w Warszawie. Miejsce parkingowe niedaleko stadionu w jakiejś ślepej uliczce znaleźliśmy za pierwszym podejściem. Potem depozyt, szybka fota ze startu, „kop” na szczęście i mogłem biegać.

Planem było powalczyć o jak najlepszy wynik. Czy o życiówkę? Być może, bo w dobrych warunkach mógłbym coś z niej urwać. Ale jeśli już to sekundy a nie minuty. W każdym razie wynik w granicach 3:30 był jak najbardziej w zasięgu. Taki jest po prostu mój aktualny poziom i na taki czas startowałem. Założyłem się też, nie powiem o co, że dobiegnę poniżej 3:36… Motywacja była!

35. PZU Maraton Warszawski - start

Od startu do 18 km, czyli jest dobrze

Ustawiłem się na starcie. Start w tym roku podzielony został na dwie tury. W pierwszej startowała elita oraz numery startowe w kolorach czerwonym i żółtym, w drugiej turze – debiutanci i ci, którzy mają zielone numery startowe. Tylko… że ja tych komunikatów nie słuchałem i ustawiłem się przy baloniku na 3:30, ale z „zielonymi”. Potem starter strzelił i… lewa strona mostu ruszyła do biegu. Minęli mnie „czerwoni”, i zaczęli mijać „żółci”. W pewnym momencie zorientowałem się, że stoję nie po tej stronie mostu. Tak wiec hyc, hyc i byłem tam gdzie trzeba – wśród „żółtych” biegnących na 3:30. Było dobrze.

W ten właśnie sposób były dwa baloniki biegnące na 3:30… Analogicznie prawdopodobnie były dwa na 3:40, dwa na 3:50 i tak dalej. Do tego jeszcze portal bieganie.pl wystawił swoich pacemakerów biegnących na negative split (czyli pierwsza połowa wolniej niż druga) i powstał balonikowy galimatias. Ciężko było stwierdzić, która grupa to która. Ja na szczęście od samego początku pilnowałem kontaktu wzrokowego ze swoim balonikiem, więc było dobrze.

Pierwsze kilometry jak można przypuszczać ciasne, choć i tak luzu było więcej niż w poprzednich latach. Nie przypominam sobie strasznych zwężeń czy momentów, kiedy nagle wszyscy zabiegli mi drogę…

Pierwsze kilometry to też trochę towarzyskiego biegania. Najpierw z Jarkiem, potem z Markiem. Z Markiem na pierwszych kilkunastu kilometrach stworzyliśmy duet. Biegliśmy długo ramię w ramię pomagając sobie w razie potrzeby.

Z pierwszej części zapamiętam też tradycyjny już szpaler ludzi pod mostem Poniatowskiego. Znowu poczułem się jak na Tour de France gdzie kibice mało na głowę nie wejdą, aby kibicować. Przez całe 42 kilometry bym tego chyba nie zniósł, ale pojedyncze tak rozkrzyczane miejsca są motywujące. W rejonie mostu wypatrzyłem też kilka znajomych twarzy. Po pierwsze – Marcin Świerc, nasz mistrz biegów ultra, którego chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Po drugie Weronika i Marian – czyli moi (i nie tylko moi) kibice. To właśnie w tym miejscu biegłem przez chwilę tyłem…

35. PZU Maraton Warszawski - na trasie
fot. M. Gawlikowski

Potem szybki zygzak po Łazienkach Królewskich i na Czerniakowską, gdzie zaczęła się seria dłuuugich prostych.

Od 18 do 26 km, czyli gdzie jest Toi-Toi

Normalnie lubię takie długie proste. Lubię złapać na nich rytm, wyłączyć myślenie i biec przed siebie. Tym razem nie było mi to dane. Tym razem moją głowę zajmowało wypatrywanie Toi-Toia. Wiedziałem, że są na punktach, ale może uda się jeszcze coś innego znaleźć. Nie doczekałem się i w końcu skorzystałem z osłony jakiegoś płotu.

Chwila moment i znowu byłem na Czerniakowskiej, biegnąc dalej. Powrót do tempa 5:00 min/km nie był trudny. Biegłem nawet nieco szybciej, aby Marka dogonić. Przez chwilę go nawet widziałem, a potem skorzystałem z wody na punkcie i ups… Gdzie jest Toi-Toi? Nie wdając się w kolejne szczegóły tak wyglądało następne kilka kilometrów. Przestałem pić i albo biegłem wyparzając innych, czyli nawet po 4:45-4:50 lub wizytowałem Toi-Toie. Na plus organizatorów przemawia fakt, że w każdym z odwiedzonych przeze mnie był papier. To mnie cieszyło. W Wilanowie na agrafce zobaczyłem Marka po drugiej stronie. Daleko nie jest i gdyby nie przerwy to miałbym szansę dogonić.

W końcu po kolejnym postoju zwątpiłem w maraton. Wybiegając z krzaków na Arbuzowej wiedziałem, że pozamiatałem już sobie 3:30. Czułem, że prawdopodobnie nie dam rady też wygrać zakładu, czyli dobiec poniżej 3:36 i chciałbym po prostu dobiec. Na Arbuzowej przestałem gonić Marka, a zacząłem biec w tempie tych, którzy biegli obok mnie.

Od 26 do 38, czyli gonienie króliczka

Wybiegłem na Ursynów. Mijam znajome SGGW, mijam znajome osiedla. Zakręt w lewo zakręt w prawo. Z chodnika kibicuje Emilia, a mi zaczyna się coraz lepiej biec. Nie wypatruję już Toi-Toiek, ale profilaktycznie nie jem, a na punktach przyjmuję, co najwyżej jeden łyk wody. To takie trochę postawienie na jedną kartę, ale to jedyne sensowne rozwiązanie, które przyszło mi do głowy.

35. PZU Maraton Warszawski - medal

Bieg po alei Komisji Edukacji Narodowej to wielka feta. Ursynów wyszedł nam kibicować i robił to skutecznie. Miałem już ponad 3 minutową stratę do idealnych międzyczasów na 3:30, ale bieg w tempie 5:00 min/km nie stanowił problemu. Zacząłem wyprzedzać.

Cała aleja KEN, Rolna i Puławska to wyprzedzanie. I co najlepsze wyprzedzałem innych nie dlatego, że ja przyspieszyłem, tylko że inni zwalniali. Nie wiedziałem czy starczy mi energii na taki bieg do końca, ale dopóki każdy kolejny kilometr wychodził w około 5:00 było dobrze. Było nawet bardzo dobrze, bo na chwilę daleko przed sobą znowu zobaczyłem baloniki. Nie wiem czy „moje?, ale to znaczyło, że choć zegarek pokazuje co innego, to ich doganiam! Wow!!

Od 38 do mety, czyli finisz na głodniaka

Energii zaczęło brakować około 38 kilometra przed metą. W Alejach Ujazdowskich nie miałem takiego mentalnego doła jak rok temu, ale biegło się ciężko. Burczało mi z głodu w brzuchu i miałem wrażanie, że się wlokę jak ślimak…

W efekcie na 40 kilometrze wypiłem pierwszy i jedyny kubek Powerade. Dalej już widziałem Stadion Narodowy. Most męczył, ale minął stosunkowo szybko. Radością był też zbieg z mostu na Wybrzeże Szczecińskie. Chciałem jeszcze kogoś wyprzedzić, ale brakowało tej mentalnej siły by jeszcze przyspieszyć.

Siły zebrałem za to na finisz. Przyspieszyłem od samej bramy stadionu. Na płytę wbiegałem całkiem żwawym biegiem i po zewnętrznej wyprzedzając innych.

35. PZU Maraton Warszawski - finisz1

Potem jeszcze ostatnia prosta i meta. Szeroka podwójna brama była o tyle dobra, że każdy mógł wbiec na nią samotnie bez przepychanek z innymi. Ja właśnie tak zrobiłem i to było piękne uczucie. A czas – 3:38:15 netto. Tak, więc nie ma 3:30, nie wygrałem zakładu, bo nie ma 3:36 ale i tak jest super.

After party, czyli meta i inne podsumowania

Kiedy już trochę ochłonąłem i zrobiło mi się zimno, wstałem, odebrałem medal i wszedłem w podziemia Stadionu Narodowego. Jeden korytarz, zakręt, drugi korytarz, zakręt… Po kolei trzeba iść i zaliczać kolejne punkty według ustalonej kolejności: medale, folie termiczne, depozyt, jedzenie… W takiej właśnie kolejności i bez możliwości wcześniejszego wyjścia na płytę stadionu. Tego nie lubię, ale taka jest specyfika stadionu. Na plus było to, że w tym roku z podziemiach narodowego było to zorganizowane lepiej i luźniej niż rok temu.

Minus tylko za posiłek. Jabłka były dobre, ale zimny makaron nie przypadł mi do gustu. Poza tym był dla mnie za ostry. Zjadłem, choć bez szału, same zimne kluchy. Dobre i to przed porządnym obiadem…

A z wyniku 3:38:15 jestem bardzo zadowolony. Jak na bieg z przygodami, bez jedzenia i na prawie samej wodzie to rewelacyjny wynik. Poza tym to mój czwarty najlepszy wynik w maratonie. Jest dobrze!

REKLAMA

28 myśli na temat “35. PZU Maraton Warszawski – relacja

  • 30.09.2013 o 23:29
    Permalink

    Mistrz biegu tyłem!;)

    Na 33km wyglądałeś nieźle, nie było po Tobie widać problemów:)

    Współczuje postojów, bo mnie rok temu problemy z żołądkiem kosztowały ok 7-8 minut, bo najpierw kilka spędziłem w tojku, a potem ból zmusił mnie do wolniejszego biegu.

    Odpowiedz
    • 01.10.2013 o 09:46
      Permalink

      No, no. Na 33 km było już po Toi-Toikach, a jeszcze przed brakiem prądu w końcówce, więc było dobrze.

      Dzięki za doping! Fajnie było usłyszeć „Paweł Biega!!” i to jeszcze w czasie kiedy naprawdę fajnie się biegło 🙂

      Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 07:53
    Permalink

    w przyszłym roku się zmierzymy 😉 Też się szykuję właśnie na ten maraton 🙂
    Gratuluję wyniku 😉

    Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 08:25
    Permalink

    Miało być, że na rondzie De Gaulla Cię dogoniłem 😉

    Odpowiedz
    • 01.10.2013 o 10:10
      Permalink

      A było, że ostatni raz widziałem Cię na Czerniakowskiej jak już biegłeś przed balonikami 😉

      Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 08:37
    Permalink

    strach pomyśleć jaki czas byś wykręcił bez tych sensacji po drodze 🙂 wielkie gratulacje !!!

    Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 09:46
    Permalink

    Gratulacje!gdzieś tam na trasie się mijaliśmy 😉

    Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 16:13
    Permalink

    Straszne rzeczy potrafi żołądek z człowiekiem zrobić 🙁 współczuję tylu sensacji na jednym biegu. Trochę nie zrozumiałem w tym wpisie że na KEN miałeś 3 minuty straty do 3:30 ale biegłeś 5:00/km czyli tempem na 3:30, więc na mecie powinno być 3:33 a nie 3:38 – te 5 minut to była strata od 38-go czyli to odcięcie prądu?
    Gratulacje tak czy siak – prawie identyczny wynik jak ja w Wiedniu 🙂

    Odpowiedz
    • 01.10.2013 o 16:24
      Permalink

      Dzięki 🙂

      Tak, te 5 minut uciekło mi przede wszystkim gdzieś w końcówce. Nie wiem dokładnie od którego kilometra zacząłem tracić, ale od 38 się już wlokłem…

      Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 16:36
    Permalink

    Ogromne gratulacje! 🙂 Kolejny maraton ukończony i to wcale nie taki zły ten wynik mimo problemów na trasie 🙂

    Odpowiedz
  • 01.10.2013 o 16:12
    Permalink

    Wielkie gratulację Paweł. Dobra robota 🙂
    Zazdroszczę udziału w tej edycji w MW.

    Odpowiedz
  • 02.10.2013 o 06:34
    Permalink

    Cytat: „Z pierwszej części zapamiętam też tradycyjny już szpaler ludzi pod mostem Poniatowskiego. Znowu poczułem się jak na Tour de France gdzie kibice mało na głowę nie wejdą, aby kibicować. Przez całe 42 kilometry bym tego chyba nie zniósł, ale pojedyncze tak rozkrzyczane miejsca są motywujące.”

    Ja w ubiegłym roku śmigałem w Warszawie i w tym roku w Berlinie. W Niemczech przez 42km biegnie się właśnie w takim szpalerze ludzi i powiem Ci, że jest czad! Maraton mi tak szybko minął jak nigdy i przy okazji wyszła mi życiówka 🙂 Tobie gratuluję wytrwałości z takimi przygodami! 🙂

    Odpowiedz
  • 02.10.2013 o 10:53
    Permalink

    No gratulacje !!! – a na nogach jak widzę, żywa reklama. Jak się skarpety sprawowały ?

    Odpowiedz
    • 02.10.2013 o 17:08
      Permalink

      Dziękuję 🙂

      Skarpety tradycyjnie bez zarzutu, ale podczas MW dużo bardziej interesowały mnie ForQuady, dla których był to pierwszy (i od razu bojowy) test.

      Odpowiedz
  • 03.10.2013 o 09:12
    Permalink

    Gratuluję świetnego czasu, jak na takie problemy. JA myślałem, że moje 4 – 5 wizyt w krzakach na siku to była tragedia, ale jak usłyszałem od Ciebie, że miałeś wizyty, że tak powiem „dłuższe”, to stwierdziłem, że nie miałem jeszcze tak źle! 😉

    Odpowiedz
  • 03.10.2013 o 16:13
    Permalink

    Gratulacje!!!! Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zejść poniżej 4:00 godzin. Na razie mój debiut to trochę jak zapoznanie z przeciwnikiem 😉

    Odpowiedz
  • 03.10.2013 o 19:56
    Permalink

    Gratulacje!

    We flyknitach da radę pobiegać zimą po chodnikach Warszawskich ?

    Odpowiedz
    • 04.10.2013 o 11:29
      Permalink

      Dzięki!

      Ja Flyknitów używam jako butów startowych na asfaltowe maratony więc na chodnikach warszawskich też dadzą radę. Uważałbym tylko na wodę i śnieg bo bieżnik jest typowo asfaltowy i mało agresywny i but może się ślizgać. Ale to tylko moje przypuszczenie bo nie sprawdzałem.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *