34. Maraton Warszawski, czyli Antybohater Narodowego

Zostań Bohaterem Narodowego! – takie hasło przyświecało 34. Maratonowi Warszawskiemu. Hasło o tyle głośne i istotne, bo po raz pierwszy w historii miasteczko maratońskie, a przede wszystkim finisz maratonu ulokowany został na Stadionie Narodowym w Warszawie. To miało być wielkie święto biegaczy. To miało być święto bohaterów Stadionu Narodowego.

REKLAMA
Arena robi wielkie wrażenie. Pierwsze wrażenie na uczestnikach wywierała już podczas Expo i odbierania pakietów startowych. Trybuny, co prawda wydają się mniejsze niż w telewizji, ale wielka iglica wisząca niczym miecz nad płytą boiska robi swoje. Stadion jeszcze bez biegaczy prezentował się okazale. Stadion czekał na swoich bohaterów.

Bohaterzy Ci, w sile prawie 7000 osób, zjawili się w jego wnętrznościach w niedzielę rano. Najpierw tylko bohaterzy, bo kibiców na stadion wpuszczono dopiero o 9:15, kiedy to peleton biegaczy był już po drugiej stronie Wisły. Szatnie i przebieralnie umiejscowione zostały pod trybunami Stadionu Narodowego. Miejsca było dużo.

Jako biegacz i potencjalny bohater udałem się do szatni. Przebrałem się i po oddaniu rzeczy do depozytu, wolnym krokiem razem z rzeką biegaczy pomaszerowałem na start. Pogoda była nienajgorsza. Raczej słonecznie i ciepło. Wietrznie.

34 Maraton Warszawski - stadion

Na starcie o dziwo było luźno. Wyłapałem kilku znajomych, wymieniłem kilka uścisków dłoni i ustawiłem się w luce pomiędzy pacemakerami na 3:20 i na 3:30. To było moje miejsce.

Start był na minus. Co za baran postawił dmuchaną bramę 100 metrów przed matami pomiaru czasu? To gdzie właściwie ten start był? Dla mnie były trzy! Pierwszy jak ruszyliśmy. Drugi jak przebiegłem dmuchaną bramę. Trzeci jak przebiegłem przez matę. Mata, która była właściwym startem, nie była w żaden sposób oznaczona.

Pierwszy kilometr był dosyć luźny. Biegałem już w Maratonie Warszawskim i z reguły było ciaśniej. W tym roku było pod tym względem luźno. Pierwszy kilometr teoretycznie przebiegłem w czasie 4:30, ale to tylko teoria, bo nie tylko ja miałem wrażenie, że pierwszy kilometr nie miał kilometra. Później było lepiej.

Pierwsza cześć po starówce spokojnie. Trzymałem się kilkadziesiąt metrów za pacemakerami na 3:20. Kibiców na starówce było niewielu.

Tłum kibiców czekał na Nas pod Mostem Poniatowskiego. Tak czułem i takie miałem wrażenie, bo to sam bym tam stanął, gdybym kibicował swoim znajomym. Wystarczyło tylko po starcie zejść z mostu na dół.

Lecz rzeczywistość była większa niż moje przypuszczenia. Tłum ludzi zebrał się tam tak gęsty, że przypomniały mi się obrazki z górskich podjazdów, na Tour de France, gdzie Lance Armstrong czy Jan Ulrich parli pod górę w szpalerze rozkrzyczanych ludzi. Tutaj było tak samo.

Ale tylko tutaj. Cała reszta Wisłostrady to nudny i monotonny bieg na Wilanów. W rejonie mostu też czekał na nas pierwszy checkpoint. Na 10km mój zegarek pokazywał 47:20, co było wynikiem nieco za szybkim. Zastanawiające było to , że mimo iż biegłem przed czasem, to baloniki na 3:20 były co najmniej 100 metrów przede mną. Miałem dejavu sytuacji z Warszawy z zeszłego roku. Wtedy biegłem za grupą, na 3:30 ale też zające wyrwały do przodu. Postanowiłem zrobić to samo, co wtedy, czyli przestać pilnować pacemakerów, a zacząć pilnować swojego tempa.

Biegłem tak do 15 kilometra. Baloniki mi uciekały i widziałem je coraz dalej, ale swoje tempo trzymałem. Na 15km powinienem zjeść pierwszy żel, ale od początku biegłem z ciężkim żołądkiem, więc przesunąłem zjedzenie żelu do punktu z wodą na 18km.

Na półmetku w alei Wilanowskiej zameldowałem się w czasie 1:42:50, czyli nieco wolniejszym od zakładanego, lecz nadal dobrym.

Natolin wzbudził moje mieszane uczucia. Niby fajnie, bo to rezerwat przyrody, normalnie zamknięty dla biegaczy. Lecz z drugiej strony, to maraton w prawie dwumilionowym mieście nie powinien pchać się w tak wąskie gardło. Było wąsko, nierówno i jeszcze pod górę. Jakby tego było mało żelki z Powerade?m zaczęły mnie mdlić.

34 Maraton Warszawski - medal

Już na Ursynowie dogania mnie Tomek. Najbliższe kilometry, czyli cały Ursynów biegniemy od flagi do flagi. Taktyka całkiem niezła, a i pogadać można. Średnie tempo mi spadło, ale odcinki, które biegamy wychodzą nam całkiem żwawe – tak po 5:10 min/km.

Na Ursynowie zaskakują kibice. Jest ich dużo. Zdecydowanie więcej niż rok temu. Są też jakieś dodatkowe dmuchane bramy pod urzędem dzielnicy. Są dzieciaki. Dużo dzieciaków.

Z Tomkiem dobiegamy do końca Ursynowa. Na Rolnej, pierwszej ulicy Mokotowa muszę przejść w marsz i mi ucieka. Chwilę później biegnę dalej do kolejnej flagi na 32km, ale Tomek nie przeszedł w marsz i tracę go z pola widzenia. Nie chce mi się go gonić.

Tak się zaczął przedostatni etap mojego maratonu. Marszobieg po Puławskiej. Jak mi było lepiej to biegłem, jak mi było gorzej się zaczynałem iść. Jeszcze miałem ambicję, by jak najszybciej dotrzeć do mety. Pomagają kibice, których jest dużo. Dużo jest też dzieciaków ze szkół. Można odnieść wrażenie, że każda szkoła wystawiła swoją reprezentację kibiców na maraton. Kibicują aż miło się robi.

Dotrwałem do Alei Ujazdowskich. Tam mnie już te wszystkie węglowodany tak zmuliły, że miałem wrażenie, że za chwilę zwymiotuję. Już przejście w marsz nie pomagało. Teraz musiałem się zatrzymywać. A jak było, na czym to nawet i usiąść. Przestał mnie interesować wynik czy cokolwiek innego. Spacerowałem sobie na stadion i zastanawiałem się, po co ci wszyscy ludzie tak biegną?!

Przespacerowałem tak cały Most Poniatowskiego. Biec zacząłem na jego końcu. Ślimak prowadził w dół, więc było łatwo. Zamieniłem kilka słów z biegaczem z Dębna i zbiegliśmy na dół. Na dole znowu chwila marszu. Pomachałem Tamarze, która moim spacerem była chyba nawet bardziej zdziwiona niż ja sam i od bramy stadionu zacząłem swój finisz. Najpierw powoli, ale po kilkudziesięciu metrach i dopingu kibiców stwierdziłem, że „albo się porzygam albo dobiegnę” i ruszyłem.

Wyrwałem mocno do przodu. Na stadion wpadłem niemal sprintem wzbudzając aplauz publiczności. Kątem ucha usłyszałem jak ktoś wykrzykuje moje imię. Mijałem kolejnych biegaczy. Na ostatnich metrach już nie miałem, kogo mijać. Rozłożyłem ręce w geście tryumfu i wbiegłem na metę. Czas na mecie – 4:30:39 jest słaby, a nawet bardzo słaby jak na moje oczekiwania, więc do Bohatera Narodowego mi daleko. Aczkolwiek finisz na stadionie robi wrażenie.

34 Maraton Warszawski - finisz

Cały maraton organizacyjnie wyglądał bardzo ładnie. Największy zgrzyt był z oznaczeniem startu i pierwszym kilometrem, ale oprócz tego to same superlatywy. Bardzo dobrze zorganizowane były punkty z wodą. Nie były ani za krótkie ani za długie. Były też dosyć często, a obsługa wyrabiała się z podawaniem kubeczków. Dobry doping, szczególnie na ostatnich 10-15 km. Praktycznie od Ursynowa do samego stadionu cały czas ktoś nam kibicował. To było miłe. Tak mogło by być co rok.

No i ten stadion. Finisz na stadionie był piękny. Piękne to było, wbiec na niego nawet w czasie 4:30. Szpaler ludzi, którzy krzyczą do Ciebie i ty taki mały w tym ogromnym kotle pędzący środkiem. Piękne uczucie.

Bo mimo wszystko piękny to był maraton. Następny za rok…

REKLAMA

19 myśli na temat “34. Maraton Warszawski, czyli Antybohater Narodowego

  • 01.10.2012 o 19:38
    Permalink

    To był mój pierwszy maraton. Nie miałem na niego strategii. Jeszcze przededniu, odbierając pakiet startowy, zakupiłem książki J.Skarżyńskiego (z autografem) i dostałem radę, która okazała się dla mnie bardzo cenna. Początek biec wolno! Kiedy na przygotowaniach zakładałem, że każdy kilometr pokonam w tempie nie mniejszym niż 6:30, w niedzielę biegłem 7:30 min. Dzięki temu udało mi się dobiec i miałem siłę na wspaniałą końcówkę na stadionie. Czas może nie rewelacyjny (5:12), ale wrażenia niezapomniane.

    Odpowiedz
  • 01.10.2012 o 19:58
    Permalink

    Gratuluję! Mój start za dwa tygodnie w Poznaniu… To będzie ten pierwszy! Nie mogę się już doczekać 🙂

    Odpowiedz
  • 01.10.2012 o 20:22
    Permalink

    Mam takie same odczucia – piękny maraton! Gratki Bohaterze, szkoda że te węgle tak pokrzyżowały plany ale na tym polega piękno maratonu – jest strasznie trudny, jeden defekt o wszystko się sypie… Odbijesz to sobie na następnym! 🙂

    Odpowiedz
    • 02.10.2012 o 22:35
      Permalink

      no wiesz jest małe marzenie aby ogarnąć 4 godziny ale co z tego wyjdzie…zobaczymy 😉 Nic na siłe, jak będzie 4:15 też będzie si 😉 a Ty? 😉

      Odpowiedz
      • 03.10.2012 o 08:11
        Permalink

        Mam podobne założenia. Po pierwsze przebiec, a jak uda się złamać 4h, to będzie cudownie 🙂

  • 02.10.2012 o 08:09
    Permalink

    Ty chyba musisz więcej jeść, bo strasznie chudziutki na żywo jesteś 😉 Zgadzam się, że impreza świetna, doping rewelacyjny, a finisz na Narodowym po prostu nie-za-po-mnia-ny. Gratuluję!

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 08:36
    Permalink

    Paweł – czy możesz rozwinąć temat, co było przyczyną niezrealizowania zamierzonego czasu? Korespondowałem z Tobą przed maratonem, dzięki za przedstartowe porady 🙂 – niestety, nie udało się złamać w debiucie 4 godzin, a te nadmiarowe 5,5 minuty (czas netto 4:05:27) to tak mało, ale jednak tak dużo. W moim przypadku problemem było prawdopodobnie zbyt szybkie tempo od startu – nie mam GPSa, starałem się kontrolować ręcznie, ale przed 10 km jeden biegacz wyczytał, że mamy chwilową 5:30/km a biegliśmy równo z „zającami”. Drugi problem to zapewne zbyt mało długich wybiegań – wysiadły mi uda. Czytając Twoją historię zastanawiam się co może być powodem, że biegacz przygotowany na 3:30 kończy w 4:30 (widziałem Cię na trasie, siedzącego gdzieś naprzeciw kancelarii premiera, przypuszczałem, że coś musiało się zdarzyć niedobrego). Na tej podstawie widzę, że jeszcze nie wiem nic o bieganiu długim i o maratonie 🙁 Czy możesz napisać, na podstawie tego biegu, czego należy unikać i co mogło być przyczyną takich komplikacji na trasie? Dzięki za poradę i również dołączam się do gratulacji z ukończenia pięknego biegu.

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 09:08
    Permalink

    Dzięki wszystkim za Gratulacje 😉
    A tym, którzy zostali w niedzielę Bohaterami Narodowego ja sam Gratuluję! 🙂

    W dużym skrócie moim błędem było spożywanie dodatkowych węglowodanów przed startem. Zamiast jeść normalnie, tak jak zwykle, to w ostatnie 3 dni starałem się wcisnąć jak najwięcej posiłków węglowodanowych. I to mnie zmuliło na trasie. Już na pierwszej połówce, mimo że biegło się dobrze, to mi się odbijało Poweradem i żelem energetycznym. A im dłużej byłem na trasie tym było gorzej. Tym bardziej, że nadal piłem (pod koniec już tylko wodę). Jak siedziałem w Alejach Ujazdowskich to już mi dawno było wszystko jedno.

    Wniosek z tego jest jeden: Jeśli nigdy nie stosowałeś ładowania węglowodanowego przed startem, to albo stosuj to z umiarem i przed mniej ważnymi startami albo wcale. Ja przekombinowałem.

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 10:45
    Permalink

    Paweł
    Dzięki za informację. To cenna rada. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 14:05
    Permalink

    Widzę, że słusznie zrobiłem odpuszczając sobie „ładowanie węglowodanami”. Pewnie miałbym podobnie jak ty.

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 15:50
    Permalink

    Pawle, przede wszystkim gratuluję! Dobiegłeś. Szkoda, że nie do końca po myśli, ale co nas nie zabije, to wzmocni! Ze swojego doświadczenie mogę podpowiedzieć, że u mnie lepiej wychodzi nieco większa dawka węglowodanów przez ostatni tydzień niż maksowanie go w 3 dni przed. Nie ma się co objadać, bo organizm kompletnie tego nie skuma, a takie lekkie podniesienie poziomu wytrzyma i zdąży to zaakceptować. Oczywiście jakiś dietetyk może powiedzieć, że bzdura, ale u mnie się sprawdza.

    Odpowiedz
  • 02.10.2012 o 16:55
    Permalink

    Paweł, dałeś radę, dobiegłeś do mety, finiszowałeś, odebrałeś medal i zostałeś Bohaterem 🙂
    Gratuluję raz jeszcze ukończenia kolejnego maratony (o czasach nie rozmawiajmy;) )

    Odpowiedz
  • 03.10.2012 o 10:06
    Permalink

    Gratuluję ukończenia maratonu! Tym bardziej, że bez problemów się nie obyło, jak piszesz, a ty mimo to parłeś do przodu. Podziwiam, ja bym się chyba od razu poddała 🙂

    Odpowiedz
  • 03.10.2012 o 20:55
    Permalink

    Gratulacje Paweł. Mino przeciwności nie zszedłeś z trasy, a to wymaga wiele determinacji.

    Odpowiedz
  • 07.10.2012 o 19:14
    Permalink

    Paweł, nie do końca rozumiem: winne było obfitsze jedzenie w 3 dni przed startem czy też pakowanie w siebie żeli i powerada w dniu startu?

    Jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba nie jest dobrym pomysłem zapijanie żeli izotonikiem – to jak wrzucanie zapałki do stodoły z sianem… Efekty są właśnie takie jak opisujesz we wpisie…

    Odpowiedz
    • 07.10.2012 o 19:37
      Permalink

      Myślę, że bardziej to pierwsze, czyli dodatkowe węglowodany na 3 dni przed startem. Pierwszy raz na to zwracałem uwagę. Wcześniej zawsze jadłem przed startem tak jak w każdy inny dzień i było dobrze. Teraz byłem ponad stan napakowany węglowodanami i organizm podczas zawodów już nie chciał ich przyjmować. Żel na trasie (na 18km) popiłem wodą jak należy, ale na wcześniejszych i na późniejszych punktach piłem izotonik.

      PS: Porównanie tego do wrzucania zapałki do stodoły z sianem jest bardzo trafne 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *