29. Wrocław Maraton – bieg, który powinienem przerwać

Wrocław 11 września stał się stolicą Polski. Raz – Europejski Kongres Kutury, dwa – walka bokserska Tomasza Adamka z Witalijem Kliczko, trzy – 29. Hasco-Lek Wrocław Maraton. Do Wrocławia ludzie walili dzwiami i oknami. Pisali o tym w prasie, mówili w telewizji. Maraton był w tym gronie imprezą najmniej interesującą opinię publiczną.

REKLAMA

I z tego też powodu obawiałem się o to jak będzie wyglądała podróż. Ilość ludzi i bagaży na peronie dworca centralnego lekko porażała. Na szczęście, mając wprawę w walce o miejsca w pociągu, zdobyłem miejscówkę siedzącą i w dodatku przy oknie. Podróż planowo, choć od Opola zaczęły się dziać wesołe rzeczy. W Opolu po raz pierwszy usłyszałem „A-da-mek! A-da-mek!”. Po takim okrzyku jednej grupy kibiców po chwili odpowiadały inne. A po dwóch chwilach pół pociągu i peronu krzyczało „A-da-mek! A-da-mek!”. Okrzyki powtarzały się regularnie nawet podczas jazdy pociągu, wzmagały się na kolejnych stacjach, a swoje apogeum osiągnęły na dworcu we Wrocławiu, gdzie biało-czerwona fala kibiców krzyczała „A-da-mek! A-da-mek!”. Jadąc na maraton czułem się jak odszczepieniec.

Droga do biura zawodów to małe szaleństwo. Obchodzenie na czuja dworca, a w zasadzie jednego wielkiego placu budowy. Potem trzy przystanki tramwajem bez biletu, na gapę, bo tak wyszło. Potem „dziwne skrzyżowanie”, biletomat i 20 groszy reszty, którego nigdy nie zobaczyłem. Gdzieś tam jeszcze ze dwa razy przebiegłem na czerwonym świetle, a na sam koniec zamiast skorzystać z przejścia podziemnego, przeleciałem przez tory w miejscu niedozwolonym. Lecz dotarłem.

Biuro zawodów

Organizacja w biurze zawodów sprawna i, co mi się szczególnie spodobało, można było przymierzyć koszulkę zanim się zdecydowało na konkretny rozmiar. W pakiecie oprócz ładnej technicznej koszulki biegowej 29. Hasco-Lek Wrocław Maratonu był:

  • sierpniowy numer Men’s Health,
  • magnez (w postaci „BluMAG jedyny?),
  • glukozamina na stawy,
  • cynk organiczny na świeży oddech (przyda się komuś, kto ma problem stomatologiczny),
  • różowa gąbka (nie taka mała jak zwykle, tylko taka wielka kąpielowa),
  • długopis,
  • notatnik,
  • folder informacyjny,
  • i inne różnorakie kolorowe ulotki.

Ogólnie całkiem ciekawy zestaw.

W drodze powrotnej do centrum miasta złapałem przysługującą mi porcję makaronu. A może nie… Złapałem nieprzysługującą mi porcję, bo to była porcja dla jakiegoś organizatora, który zniknął. A ja złapałem jego, nieco większą niż normalną porcję, posypałem obficie serem i zjadłem.

A potem ruszyłem na podbój miasta. Zacząłem samotnie od Galerii Dominikańskiej, a potem, już z koleżanką, rynek główny, solny targ, na którym wbrew nazwie królują kwiaty i ogólny spacer po wrocławskiej starówce. Wieczór zakończył się pięknym widokiem z wyspy słodowej. Potem dostałem obiecaną szarlotkę i pojechałem do noclegowni.

Start zaplanowany był na godzinę 9:00. Rano wszystko odbywało się zgodnie z planem. Wstałem o szóstej. Toaleta, śniadanie, znowu toaleta, przebieranie i na koniec, gdy wszyscy na ostatnią chwilę pchali się do łazienki ja już mogłem sobie spokojnie leżeć i czekać no odpowiedni czas do wyjścia. Przy okazji śniadania spróbowałem szarlotki. Pychota! Ale zjadłem tylko jeden, najmniejszy kawałek, aby nie mieć żadnych przygód z tego powodu.

29 Hasco-Lek Wrocław Maraton - trasa

Tuż przed samym startem nawinąłem się jeszcze na Wojtka Staszewskiego i ekipę Polska Biega. Poczęstowałem się klekotką do kibicowania i dwoma chustami. Jako że nie miałem białej czapki to jedną zawiązałem sobie na głowie, a drugą… no cóż… drugą sam nie wiem po co wziąłem. Chyba żeby wsadzić ją sobie w… kieszeń.

Start i pierwsze kryzysy

Wystartowałem za grupą na 3:45. Na pierwszych kilometrach dosyć ciasno, ale trzymam się 20-30 sekund za białymi balonikami. Każda grupa pacemakerów miała swój kolor baloników. Moje były białe. Inne były inne, żółte, fioletowe, czerwone, nie interesowało mnie to specjalnie.

Biegłem tak do 10-11 kilometra, czyli cały pierwszy odcinek po obrzeżach miasta. Przez ten czas biegło się dobrze, tętno bez problemów trzymało się w normie, tylko nie mogłem złapać czucia tempa. Może niebiegający tego nie zrozumieją, ale tak ja to odbierałem. Tempo mnie niby nie męczyło, ale nie potrafiłem się wstrzelić. Miałem wrażenie, że raz albo biegnę za szybko, a raz za wolno. Odległość do baloników jednak się nie zmieniała. Wewnętrznie czułem, że coś jest nie tak. Jakiś taki rozregulowany byłem.

Punkt odżywczy na 10 kilometrze to miejsce gdzie postanowiłem zostawić grupę na 3:45. Nie chciałem przesadzić tym bardziej, że przecież cały czas uskuteczniam antybiotykową kurację. Nie miało sensu biec dalej tym tempem, kiedy ewidentnie coś nie szło. Nie było co ryzykować, by sobie krzywdy nie zrobić. Lepiej trochę wolniej, ale dobiec, niż wpaść na ścianę i cierpieć na ostatnich kilometrach. Zwolniłem. Przez fakt, że chwilę później przebiegaliśmy zygzakiem przez starówkę to baloniki zniknęły mi z pola widzenia bardzo szybko. Dwa zakręty i już ich nie było. Odcinek po starówce wolniej i spokojnie. Najpierw przez główny rynek potem targ solny – zupełnie tak samo jak na spacerze dzień wcześniej. Potem Galeria Dominikańska i to było na tyle oglądania miejsc, które we Wrocławiu zdążyłem poznać.

Kolejne kilometry, a mi, mimo że zwolniłem, zaczęło się biec coraz ciężej. Zaczęło się też robić coraz cieplej. Wodopoje zacząłem wykorzystywać nie tylko, by się napić czy polać głowę, ale też jako miejsce gdzie można bezkarnie się przejść i tym samym odpocząć. A z każdym wodopojem maszerowałem coraz więcej.

29 Hasco-Lek Wrocław Maraton - na trasie

Tuż przed półmetkiem trasa prowadziła wzdłuż Parku Południowego, więc był cień. Wtedy miałem jeszcze jeden cień. Cień nadziei, że uda się dobiec we w miarę satysfakcjonującym czasie. Taką samą nadzieję jeszcze miałem nawet przebiegając przez półmetek. Na zegarku miałem 1:58, czyli teoretycznie poniżej 4h na mecie, choć sądząc po tym, że biegło mi się coraz gorzej, nie liczyłem na to. Może 4:15? W ostateczności 4:30…

Coraz gorzej

Jeszcze nie skończyłem analizować różnych wariantów, a tu mnie mija „autobus” z balonikami oznaczonymi jako 4:00. Nie miałem siły gonić. Zamiast tego zaczynam iść. Odsapnąłem i znowu biegnę. Czuję, że nie idzie, ale jakoś posuwam się do przodu. Rozmawiam chwilę z biegaczem, który też tak jak ja został już w tyle i ma już tylko jeden cel: Dobiec! Zaczynam się bawić. Skoro nie będzie wyniku to wyciągałem klekotkę, którą dostałem na starcie i gdy ludzie biją nam brawa lub kibicują to macham klekotką. A co? Przynajmniej tyle skoro nie mam siły biec. Niech będzie wesoło!

Na 24 kilometrze pierwszy wiadukt. Klekotka momentalnie wydała mi się, co najmniej, głupia. Zatknąłem ją znowu za pasek spodenek i idę pod górę. Biec nawet nie próbuję. Biegnę dopiero jak jest w dół. Upał staje się coraz większy. Ja dalej uskuteczniam marszobieg. Drugi wiadukt. Znowu to samo, czyli marsz pod górę i trucht w dół.

Zbiegliśmy z tej nagrzanej trasy w równie nagrzane osiedle. Widzę punkt medyczny obłożony biegaczami. Jeden z nich na moich oczach schodzi z trasy. Ma dość! Ja twardo podążam dalej, choć po raz pierwszy na trasie zakręciło mi się w głowie. Lekko oszołomiony klęczę chwilę w cieniu z głową w dole. Poprawiło się, więc idę dalej. Zaczyna się cień, zaczynam truchtać. Potem znowu idę i nagle słyszę aplauz, bo mija mnie dziewczyna z niebieskimi kokardami we włosach i w falbaniastej spódniczce. W pierwszej chwili się uśmiecham tak po prostu. A potem się odwraca do mnie i mówi „Cześć!”. Z zaskoczoną miną odpowiadam „No, Cześć”. Okazuje się, że to moja koleżanka z grupy biegowej.

Jej widok poprawił mi humor i spowodował, że się pozbierałem. Ona robiła furorę samą sobą, a ja znowu wyciągałem klekotkę i za jej pomocą dziękowałem kibicom za doping. Miałem z kim biec, miałem z kim gadać, więc najbliższe kilka kilometrów minęło szybko. Nawet za szybko. W efekcie ostatnim szczęśliwym momentem biegu był most na Odrze i ulica Kurkowa. Tam to miałem okazję zobaczyć gościa biegnącego w przebraniu ducha maratonu. Wiem, że inni więcej włożyli w przebrania (w stawce biegli m.in. superman, batman, wojownik grecki i dwa krasnale), ale dla mnie ten gość przebił wszystkich. Przebiegł cały maraton obleczony w wielki, szary wór z napisem „Dobry Duch Maratonu”. Jedyne, co było mu widać to stopy, dłonie i oczy w specjalnie wyciętych otworach. To dopiero było wyzwanie w takim upale.

29 Hasco-Lek Wrocław Maraton - 30 kilometr

Na Kurkowej przebiegliśmy jeszcze wzdłuż grupy kibiców i przerwa w marsz. A chwilę później znowu słabo mi się zrobiło. To już drugi raz. Idę i czuje, że mi się w głowie zaczyna kręcić. Koleżanka lekko odbiegła. Nie daję rady iść, więc znowu schodzę na chodnik i kucam opierając się o znak. Znowu jest mi słabo. Nie jest dobrze. Koleżanka się odwraca. Machnąłem jej ręką i krzyknąłem „Idź!”, bo więcej nie wymyśliłem. Niech, chociaż ona zrobi swoje, bo ja i tak już mam dawno pozamiatane. Poszła czy pobiegła, nie wiem, zostałem sam. Wstałem i poszedłem do mety. Był 32 kilometr.

Walka o przetrwanie

Idę. Kilometry mijają teraz zdecydowanie wolniej, ale przynajmniej czuję się dobrze. Już za kolejnym mostem widzę biegacza, który schodzi z trasy i klęka na trawie, schyla się, a potem chowa głowę w ramionach. A to wszystko w cieniu bilbordu stojącego przy drodze. Nie wiem czy wstał i wrócił na trasę. Ja szedłem dalej, choć upał wysysał energię. Wypatrywałem wodopoju. O bieganiu nawet nie myślałem. Gdy dotarłem do wody schłodziłem najpierw twarz i kark, a potem zabrałem kubek pełny wody i usiadłem pod blokiem na ławce. Spojrzałem na zegarek. W pięciu godzinach chyba się zmieszczę – pomyślałem. Był 35 kilometr.

Ruszyłem dalej. Bloki wielorodzinne ustąpiły miejsca zabudowie jednorodzinnej. Liczyłem na jakiś fragment cienia czy czegokolwiek. Cienia znowu nie było, a mi znowu się robiło słabo. Zszedłem na chodnik, by nie przeszkadzać tym, którzy mimo wszystko biegną. Uszedłem tak może ze 100 metrów, podczas których z każdym krokiem było gorzej i słaniając się dotarłem do cienia i najpierw usiadłem, a mając już wszystko gdzieś, położyłem się na chodniku. Był cień, więc było dobrze.

– To już jest głupota – myślałem. Ledwo idę, a co dopiero biec. Jeszcze ponad 6 kilometrów przede mną. Nie dam rady, przewrócę się, zabiorą mnie do szpitala i będzie kicha. Schodzę! Za daleko do mety, a ja już nawet iść nie daje rady.

– Wszystko w porządku? Może wody? – słyszę od jakiejś pani. Siadam, biorę wodę, piję. Chłopak robiący zdjęcia pyta się, co ze mną, mówię mu, że jest do dupy, ale że będzie dobrze. Mówi mi, że kawałek dalej ludzie rozstawili dodatkowy punkt z wodą. W końcu wstałem i idę dalej. Z wody oczywiście skorzystałem.

Na 36 kilometrze odnotowałem, że przebycie ostatniego kilometra zajęło mi jakieś 20 minut!! W tym tempie ściągną mnie z trasy. Może trzeba było nie wstawać z chodnika i powiedzieć żeby mnie zabrali na metę? Może i tak. Zresztą, gdyby tam zamiast fotografa zobaczyli mnie sanitariusze, to nie pozwolili by mi wrócić na trasę, a zapakowaliby mnie do karetki. Ale teraz idę. Jest trochę cienia, więc jest lepiej. Już nie interesują mnie inni ludzie. Nie widzę, kto mnie mija, kto kibicuje. Po prostu idę, popijając, co jakiś czas po łyku wody z butelki.

Widzę jak na moich oczach jedna biegaczka schodzi z trasy słaniając się na nogach. Opiera się o płot, dwóch innych zawodników ją przytrzymuje. Wolontariusz wzywa pogotowie. Znowu karetka jedzie na sygnale. Mam wrażenie, że od kilku kilometrów pogotowie jeździ cały czas, bo cały czas bliżej bądź dalej słyszę jakieś syreny.

Przecięcie Alei Kromera. Ruch stoi, a my ledwo idziemy. Nie dziwię się ludziom, że na nas klną, bo zamiast biegać włóczymy się środkami ulic, powodując korki. A tak właściwie to co mnie to obchodzi. Idę dalej.

Doszedłem do mostu na 39 kilometrze. Napiłem się wody i zrobiło mi się niedobrze. Odruch wymiotny, z którego nic nie wynikło i oparłem się o barierki oddzielające ulicę od chodnika. Znowu mi się w głowie kręci, a jeszcze mam chęć zwymiotować. Gdy wstaję jest jeszcze gorzej. Znowu na klęczkach. To koniec! Szlag mnie trafia, bo już tylko 3 km do mety, ale fizycznie nie dam rady się dowlec. Chcę się wycofać, ale nawet nie ma, do kogo się odezwać. Nie ma wolontariuszy, nie ma fotografów, nie ma nikogo. Nosz kurna mać!

Znowu się mnie pytają czy „Wszystko w porządku?”. Nie, nie jest w porządku. Nie widać tego?! Widocznie nie było widać, bo kolejny się pyta o to samo…

Nie wiem ile wisiałem na tych barierkach, ale wstałem. Postanawiam, że nie będę pił, bo się jeszcze hiponatremii nabawię. A może już się nabawiłem? Zaczynam się zastanawiać jak się nazywa ten antybiotyk, który przyjmuję. To może być istotna informacja w momencie, gdy wyląduję pod opieką sanitariusza. Zaczynam się też zastanawiać gdzie się podziała moja koleżanka. Nie mam pojęcia gdzie jest. Miała kibicować, ale jej nie widziałem. A jak ona mnie też nie widziała? To nie ma pojęcia gdzie jestem. Pewnie myśli, że już dobiegłem? Może znudziła się czekaniem i pojechała do domu? A może czeka i łamie sobie głowę czy dobiegłem, czy mnie karetka zabrała. Cholera!

Zamykając się ze swoimi myślami dotarłem do 40 kilometra i wodopoju. Nie piję tylko przelewam sobie wodę do swojej małej butelki. Pić jej nie mam zamiaru, ale przyda się do polewania i przepłukiwania ust.

Potem ostatnie 2 kilometry wzdłuż parku. Jest cień, choć mi to już różnicy nie robi. Było źle, jest źle i będzie źle dopóki to się nie skończy. Ostatnią przerwę na zebranie sił mam już prawie pod samą bramą stadionu. Tym razem bez sensacji, po prostu siedziałem na krawężniku i pogadałem chwilę z policjantem, który był pierwszym człowiekiem od kilku kilometrów, który nie pytał się, czy ze mną w porządku.

Poszedłem w stronę mety. Przeszedłem przez bramę. Jestem na ostatniej prostej. Gdzieś tak w połowie drogi do zegara wyrzuciłem butelkę i zaczynam truchtać. To pierwszy trucht od ponad 2 godzin w trakcie, których przebyłem ostatnie 10 kilometrów. Słyszę od kibica: „Brawo! Podniosłeś się z tego!” i truchtam przed siebie. Dotruchtałem tak do mety.

Na mecie

Dali mi medal, skanują chip, wciskają torbę z wodą, Powerade’m i bananem, ale mnie to mało interesuje tylko zmęczonym krokiem mijam ten cały cyrk i idę do depozytu. Muszę dorwać się do telefonu by dodzwonić się do koleżanki, powiadomić co się dzieje i, przede wszystkim, że nic mi nie jest.

29 Hasco-Lek Wrocław Maraton - medal

Okazało się, że koleżanka czekała i że widziała jak „wbiegam” na metę. Potem jej zniknąłem. Znaleźliśmy się dopiero pod sceną gdzie wreszcie można było odpocząć. No i zjeść resztę szarlotki. Po biegu smakowała jeszcze lepiej niż przed!

Dobrze, że udało się dotrzeć do mety i ukończyć ten maraton. To jedyny pozytyw. Bo biegać na antybiotykach nie powinienem. A jeśli już musiałem biegać to patrząc na panujące warunki, powinienem ustawić się za ostatnim balonikiem. Zdaje się 4:30.

A osiągnięty przeze mnie czas?! Szczęśliwi czasu nie liczą.

Uważam, że na medal nie zasłużyłem. Medale dostają zwycięzcy i ludzie, którzy przebiegli maraton. Ja przebiegłem pół, ale i tak już od 10 kilometra z problemami. Po półmetku to już nie było bieganie. To była walka o przetrwanie oraz pokaz uporu i głupoty. Nagradzać upór można, a nawet czasami trzeba, bo gdyby nie on to nie ukończył bym żadnego maratonu. Ale głupotę?! Nie, tego nie powinno się nagradzać…

Natomiast wielkie Dziękuję! dla koleżanki która mimo wszelakich przeciwności dotrwała ze mną do końca. Dziękuję za wieczór na Wyspie Słodowej, przepyszną szarlotkę i pełnię księżyca na Wzgórzu Partyzantów. I za pokazanie Wrocławia. Dzięki Tobie maraton nie będzie mi się kojarzył tylko z dramatem na prochach.

Bo co by nie mówić to Wrocław jest bardzo ładnym miastem!

REKLAMA

5 myśli na temat “29. Wrocław Maraton – bieg, który powinienem przerwać

  • 15.09.2011 o 16:55
    Permalink

    Tylko czytałam, ale poczułem twoje zmęczenie. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  • 22.09.2011 o 11:11
    Permalink

    Ja też Piotrek..
    Twoja historia to niezła przestroga na przyszłość.. jeśli tak zmaltretowało takiego biegacza jak Ty, szybkiego i doświadczonego, to co musialo się dziać z debiutantami albo tymi co maratony biegają po 5h.. brr aż ciarki przechodza.

    Paweł, trzymam kciuki za Warszawę!!!

    Odpowiedz
  • 22.09.2011 o 16:51
    Permalink

    Wrocław był ciężki dla wielu. Dużo osób zeszło, dużo zabrało pogotowie, dużo szło (organizatorzy przedłużyli limit czasu do 6,5h). Mnie te prochy załatwiły bo jeśli chodzi o ciepło to w tym roku w czerwcu w Łodzi było jeszcze cieplej, a mimo skurczy zrobiłem 3:59.

    W Warszawie się poprawię 🙂

    Odpowiedz
  • 11.01.2012 o 22:35
    Permalink

    Super opis, można poczuć ten ból. Ale czym byłoby życie bez takich właśnie momentów 😀 ? Niby są straszne ale jednocześnie piękne.

    Odpowiedz
  • 12.01.2012 o 17:11
    Permalink

    uuu dopiero przeczytałam. bardzo dziękuję za miłe słowa i za możliwość towarzyszenia w tym wydarzeniu;]

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *