2000 kilometrów

No i się dorobiłem swojego jubileuszu! Jubileusz jak jubileusz, może trochę na siłę. Może też dlatego, że o 1000 km nic nie napisałem. Teraz to choć w części nadrobię, bo zarówno 1000 km jak i 2000 km to kolejna granica, którą udało mi się przekroczyć w drodze mojego biegania.  Drodze do… do nie wiem czego, ale na pewno w drodze!

REKLAMA
Jeszcze w trakcie ostatniego tygodnia, na podstawie rozmów ze znajomymi, dopatrzyłem się ciekawej rzeczy. Że, skoro ten tydzień ma się zakończyć z liczbą 40 na liczniku kilometrażu, to w weekend, a dokładniej w niedzielę, będę musiał przebiec swój dwutysięczny kilometr. Ładnie to będzie wyglądało. A, że na niedzielę i tak planuję coś, co kiedyś znowu się stanie długimi wybieganiami, to nie będzie problemu. To dopiero początek kolejnego sezonu, więc na długie wybieganie przypadło około 12 km. Może i niedużo, ale zgodnie z planem.

A jak wyglądało łamanie tego dwutysięcznego? Bardzo standardowo. Do tego stopnia standardowo, że w te wybieganie zmieściło się wszystko, co było charakterystyczne dla moich dotychczasowych treningów.

Zaczęło się klasycznie, czyli wyleciałem w noc. Był niby wieczór, ale i tak słońce zaszło parę godzin temu wiec, co za różnica – ciemno to ciemno. Pierwsze pół kilometra i co? Widzę za płotem znajomy tuman kurzu i słyszę znajome szczekanie. Ta suka jest nie do zdarcia. Było widno i ciepło – biegała jak oszalała, jest ciemno i zimo – dalej za mną gania. Chcąc nie chcąc była częstym elementem wielu z tych 2 000 kilometrów. W zimę z reguły sąsiad jej nie wypuszcza na podwórko, ale dziś była!

Kilka kilometrów dalej, ale jeszcze daleko przed ósmym, napatoczyłem się na dwa bezpańskie psy. No tak! Miałem spokojnie zrobić jubileusz, a tu niespodzianki. Jednego kundla poznaję. Jest z gatunku tych, co się rzucają, ale tylko na biegnące nogi. Na te maszerujące już nie. Drugiego nie znam, ale taki jakiś niewyraźny. Zbiegam na przeciwległy chodnik i przechodzę do marszu. Lepiej nawet te 100 metrów przejść, niż być pogryzionym. Ja przeszedłem, psy poleciały, biegnę dalej. Tą ulicą z psami jeszcze dwa razy przebiegałem, ale już psów nie było. Ani na tej ulicy, ani na innych, którymi biegałem. Po prostu rozpłynęły się w powietrzu, co mnie specjalnie nie martwiło.

Parę kilometrów dalej, ale już blisko ósmego kilometra, zacząłem sobie odliczać: jeszcze 1 kilometr, jeszcze 600 metrów, jeszcze 300 metrów… Odliczanie nie było perfekcyjne. Pętla ma 1,333 kilometra i wiem, gdzie każde 333 metry wypadają, ale głupio tak podczas biegu sobie wizualizować, że zostało jeszcze 666 metrów do jubileuszu. Toż to nieskończone zło, jak to kolega by powiedział. Jubileuszową granicę przekroczyłem przy skrzyżowaniu ulic Żeromskiego i Szczecińskiej. Miejsce dobre jak każde inne.

Po tym dwutysięcznym zostało mi już tylko skończyć trening, czyli dotrwać do 12 km. Niby tylko 4 km, ale i tak się musiało jeszcze coś się zdarzyć. I to, żeby tylko raz…

Biegłem przy lewym krawężniku tak, by widzieć nadjeżdżające z przeciwka samochody. Nadjeżdżał srebrny Mercedes. Samochód jak samochód, tylko, że nie zjechał do środka, by mnie wyminąć (ulica była szeroka i z przeciwka kierowcy nic nie jechało). Kolejne dwa kroki, a ten dalej nie chce zjechać. No, to nie czekając dłużej, zbiegłem na pobocze. A samochód się zatrzymuje. „Co do jasnej ciasnej?!” – myślę. Patrzę, a tu kolega za kierownicą i koleżanka obok. Machnąłem, że poznałem i biegnę dalej. Ona otwiera drzwi i krzyczy ?Cześć?. Ja odpowiadam i zawracam. Zatrzymywać się, czy biec? Wrócić, czy nie wracać? Co ja właściwie mam robić?! W końcu wyszło, że oni stali na środku drogi, ja w połowie treningu, więc i tak byśmy nie pogadali za długo. Pojechali, a ja pobiegłem dalej.

Końcówkę już na spokojnie dobiegłem. Podczas rozciągania już mi nikt nie przeszkadzał. Ale, gdy rozciągnięty i moralnie kilometrażem podbudowany wróciłem do domu, odezwał się telefon: „Siema! Co robisz? Jesteś w domu? Możesz wyjść?”. Taka seria pytań zawsze oznacza to samo…

Tak więc kumple, którzy bieganie traktują, jako jedno wielkie dziwactwo, wypili ze mną za te i za kolejne tysiące kilometrów…

Zdrowie!

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *