13. Półmaraton Warszawski – jest progres!

„Miło Cię Widzieć” mówiła do mnie Warszawa już przed startem. Choć spędzam w niej całkiem sporo czasu i kilometrów, to jeszcze nie miałem okazji pobiec Półmaratonu Warszawskiego. Miło mi było wreszcie stanąć na jego starcie. Miło też, że mimo worka wątpliwości, wracam z dobrym wynikiem.

REKLAMA
W grudniu postawiłem przed sobą cel na ten półmaraton – 1:35. Ambitnie, biorąc pod uwagę, że w październiku półmaraton pobiegłem w 1:47. Ambitnie podwójnie, bo moja życiówka w półmaratonie to 1:36:13. Tak się poprawić, aby od razu zrobić życiówkę?! Czemu nie?!

Worek wątpliwości

Na przełomie lutego i marca życie trochę zweryfikowało te plany. W momencie kiedy już było dobrze i zaczynałem czuć, że to się uda, rozsypała mi się stopa. Nic wielkiego, jakiś stan zapalny, jakieś naciągnięcie więzadeł. Przez taką pierdołę wypadło mi półtora tygodnia treningów. Kolejne półtora biegałem na pół gwizdka i wracałem do normalnego planu. Kiedy już wróciłem to zamiast popracować jeszcze nad formą musiałem już zbierać się do startu. Ech…

13 Półmaraton Warszawski - AR

Na starcie stanąłem z milionem wątpliwości. Rozsądny głos mówił mi, że 1:35 będzie nierealne, więc planowałem zacząć nieco wolniej, tak na 1:40 a potem zobaczyć co z tego wyjdzie. Wynik poniżej 1:40 brałbym w ciemno.

Na drugim ramieniu siedział natomiast diabełek, który mówił, że to nie wyjdzie. Że za dużo treningów mi wypadło. Że jestem zmęczony po dwóch dniach stania na expo. Że nie zmieszczę się nawet w 1:40. A najlepiej, to żebym od razu się położył i udawał, że nogę złamałem. Diabełka starałem się nie słuchać, ale robił co mógł.

Na szczęście na sam start dotarłem na tyle późno, że oszczędziłem sobie kontemplowania swoich wątpliwości. Zanim dotruchtałem na start, zanim przepchnąłem się przez tłum do przodu do strefy 1:40 była już niemal 10:00. Chciałem jeszcze wyłapać w tłumie kilkoro znajomych, ale przy ponad 12 tysiącach biegaczy i kibicach nie miałem na to szans. Wyłapałem za to koleżankę Martę, która także chciała biec na 1:40. Wystartowaliśmy razem.

13 Półmaraton Warszawski - medal

Po prostu pobiegnij i zdób swoje!

Zaczęło się. Czas wystartował. To był ten moment kiedy przestałem słuchać głosów w głowie i zacząłem robić to co do mnie należało. Pierwsza dycha bez historii. Pod kątem taktycznym trzymałem się najrówniej jak się dało tempa 4:40/km. Na pierwszych kilometrach polegało to głównie na tym aby nie pobiec za mocno. Plus/minus kilka sekund przy kolejnych znacznikach kilometrów było akceptowalne. Koleżanka także dzielnie trzymała się obok mnie.

Dookoła natomiast przewijała się Warszawa. Najpierw ta bardzo dobrze mi znana w postaci okolic Placu Wilsona i Mostu Gdańskiego. Potem ta prawie mi nie znana w postaci Pragi. Bardzo wesołym urozmaiceniem był biegacz w jasnobłękitnej sukni i w peruce. Przebrany był za coś w rodzaju lodowej księżniczki. Biegł to przed nami, to za nami, przybijał piątki z dzieciakami i robił swoją osobą kupę kolorowego zamieszania.

Na 12 kilometrze czyli tuż przed Mostem Świętokrzyskim i powrotem na lewą stronę Warszawy skończyła się zabawa. Koleżanka została jednak z tyłu, lodowa księżniczka też gdzieś zniknęła. Dobra Paweł! Czas zacząć ten półmaraton! Nie przyspieszyłem spektakularnie, ale zrobiło się jakoś inaczej. Na zbiegu z mostu gdzie stały hordy kibiców jakimś cudem (wybrałem właściwy pas ruchu) dojrzał mnie kolega. Krzyknął coś o żelu, bo akurat mijałem punkt z wodą….

– Jakim żelu?

– Na tym punkcie nie jem i nie pije wody! O co mu chodzi? Zanim moja głowa przetrawiła tą odpowiedź byłem z pół kilometra dalej.

13 Półmaraton Warszawski - na trasie

Znowu znajoma część Warszawy czyli uliczki Powiśla. Nimi dobiegliśmy do mekki warszawskiego biegania czyli na Agrykolę. Potem jeszcze dwa zakręty i byliśmy na Wisłostradzie. Stąd już tylko jakieś 4,5 kilometra prosto do mety. Tempo cały czas było dobre, a nawet trochę szybsze niż na pierwszej połowie dystansu.

Ta ostatnia prosta zmęczyła mnie okrutnie. Przestałem patrzyć na zegarek i odliczałem kolejne skrzyżowania i mosty. Kurkawasz! Jeszcze trzy! Lepiej dla mojej głowy byłoby gdybym nie znał Warszawy i nie wiedział jaki kawał jest stąd do mety. Kląłem pod nosem i odliczałem kolejne metry do tego pięknego miejsca gdzieś pod fontannami, gdzie już nie będzie trzeba biec.

Dobił mnie też tunel Wisłostrady na dwa kilometry przed metą. Wbiegając do niego z oświetlonego ostrym słońcem świata, właściwie oślepłem. Przed oczami miałem wielki kwadratowy „telewizor”, przez który ledwo w tunelowym półmroku przebijały się sylwetki biegaczy. Gdyby ten biegnący przede mną się zatrzymał, to bym wpadł na niego na pełnej prędkości. Stan ten trwał chwilę, a jak już się do niego przyzwyczaiłem i widziałem gdzie biegnę to zobaczyłem podbieg. Kur…

Na ostatnim kilometrze było mi już z tego wszystkiego niedobrze i miałem wszystkiego dość. Do tego stopnia, że dwa razy nawet przeszedłem w marsz, a tuż po tym jak to robiłem docierało do mnie, że na ostatnim kilometrze to totalny kretynizm. Więc znowu zaczynałem biec. Lewa i prawa, lewa i prawa. Zaraz będzie widać metę! Jeszcze chwila!

Ostatecznie bez wielkich fanfar linię mety przekroczyłem w 1:38:06.

13 Półmaraton Warszawski - meta

Pogdybać zawsze można

Zabrakło niecałe 2 minuty do „życiówki”, ale na dzień dzisiejszy dałem z siebie maksimum. Można sobie pogdybać co by było gdyby mi trzy tygodnie nie wypadły z treningu. Można pogdybać co by było gdybym tuż przed zawodami nie stał dwa dni na expo. Można wiele… Można też zebrać plusy. Tych nie brakuje. Przede wszystkim obecny wynik to duży progres w porównaniu z poprzednim półmaratonem. Wtedy było 1:47:52 dziś mam 1:38:06. Choć do życiówki zabrakło, to trening idzie w dobrą stronę i już niewiele do 1:35 brakuje. Dodatkowo mimo tych parszywych ostatnich dwóch kilometrów cały bieg zrobiłem równo. Nie zacząłem za szybko, nie skończyłem za wolno. Właściwie cały czas trzymałem się tempa 4:40-4:35/km.

kmczas razemczas odcinkatempo odcinka
500:23:2700:23:2700:04:41
1000:46:4100:23:1400:04:39
1501:09:4100:23:0000:04:36
2001:32:4800:23:0700:04:37
21,101:38:0600:05:1800:04:49

Warszawo! Miło było Cię widzieć! A teraz muszę usiąść i zastanowić się co dalej.

REKLAMA

Skomentowali

  • Michał
    29.03.2018 at 22:15
    Permalink

    Hey, czytaj Twoje posty regularnie i myślałem, że latasz „polówki” bliżej 1:20 ;). Ale wracając do sedna, biegliśmy razem na 1:40, ja skończyłem na 1:37, ale „ostatnia prosta” akurat przeleciała mi w tempie poniżej 4,30. Hm….mogłem 1:35 atakować :). No ale z drugiej strony rok temu miałem 1,47, także progres jest.
    Może ORLENik teraz? I złamanie 3:30?

    Odpowiedz
    • Paweł Matysiak
      30.03.2018 at 06:48
      Permalink

      Plan jest, że w OWM wystartuję 🙂 Teoretycznie mogę 3:30 łamać, bo tak wychodzi z czasów połówki, ale… Brakuje mi wybieganych kilometrów i na łamanie żadnej konkretnej granicy się nie nastawiam. Zobaczymy co wyjdzie 🙂

      Odpowiedz
      • Michał
        30.03.2018 at 15:07
        Permalink

        Generalnie moje podejście do wybiegań zmieniło się z ostatnim rokiem :). Od 39 PZU Maraton nie biegałem więcej niż 15 km na treningu (zazwyczaj 10). Poszedłem na „połówkę” teraz na żywioł i leciało się dobrze (życiówka sprzed roku poprawiona o 10 minut). Do OWM zamierzam zrobić wybiegania do max 20-25 km. Z „czasowki” połówki wychodzi nawet poniżej 3:20, ale zadowole się złamaniem 3:30 🙂
        Problem jest taki, że moje Pegasusy 34 mają już prawie 800 km nalatane….i czuć ich koniec :(.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *